Ja vs sprzątanie

Postanowiłam przetestować japońskie metody sprzątania i dzięki temu uporządkować swoje życie. Z jakim skutkiem?

Wydawnictwo Literackie i Burda Publishing postanowiły udostępnić mi ciekawe książki: „DAN-SHA-RI. Jak posprzątać, by oczyścić swoje serce i umysł” autorstwa pani Hideko Yamashity oraz „Pożegnanie z nadmiarem: minimalizm japoński” pana Fumio Sasakiego. Postanowiłam więc przetestować te dwie publikacje, posprzątać w pokoju a przy okazji uporządkować swoje życie. A przynajmniej spróbować.

Zaczynając czytać te książki myślałam, że pewnie nie będę miała co wyrzucić. Przecież wszystko, co posiadam jest mi potrzebne. W miarę czytania i przyswajania zarówno metody Danshari, jak i porad co do tego, jak zostać minimalistą, coraz lepiej rozumiałam, że selekcja rzeczy jest konieczna i tak naprawdę nie tylko można się obejść bez większości przedmiotów, ale pożegnanie się z nimi przynosi wymierne korzyści. Koniec końców wyniosłam z mieszkania dwie reklamówki rzeczy, a trzecia – z ubraniami – czeka , by oddać je we właściwe miejsce. Może nie zmieniło to mojego życia od razu, ale na pewno to krok w przód.

20171112_125055-blog

Sporo do wyrzucenia.

Minimalista in training

Książka „Pożegnanie z nadmiarem: minimalizm japoński” daje nam aż 55 porad, jak selekcjonować i wyrzucać rzeczy. Są one spisane z ogromną wyrozumiałością i sympatią. Pan Sasaki wie doskonale, jak trudny jest proces pozbywania się rzeczy i rozumie, jakie wątpliwości mogą się rodzić w głowach osób zamierzających zminimalizować swój stan posiadania. Dlatego też, nie stawia nakazów, a raczej udziela porad, każdy opatrując wyjaśnieniem oraz przykładami i to nie tylko ze swojego życia.

Równie przekonujące jest dwanaście pozytywnych zmian, które niesie za sobą minimalistyczny styl życia, takich jak cieszenie się większą ilością czasu, który można poświęcić na poznanie siebie, rozwijanie zainteresowań czy pogłębianie relacji z innymi ludźmi, czy bardziej globalne zmiany jak większe oszczędności, poczucie bezpieczeństwa  czy mniejszy wpływ na środowisko. Ale to oczywiście, gdy będzie się bardziej zaawansowanym minimalistą (dla którego książka przewiduje również dodatkowe 15 porad na zminimalizowanie swojego stanu posiadania jeszcze bardziej), ja na razie cieszę się satysfakcją z dobrze posprzątanego pokoju, perspektywą tego, że następne sprzątanie będzie dużo łatwiejsze oraz – rzeczywiście – możliwością lepszego docenienia tych rzeczy, które posiadam.

Pan Sasaki wyjaśnia, że nie ma czegoś takiego, jak ilość rzeczy, które trzeba wyrzucić, żeby móc nosić miano minimalisty, bo dla każdego będzie ona inna. Ważne jest jednak, by zrozumieć dlaczego gromadzimy rzeczy i jak się ustrzec przed nadmiarem, który negatywnie wpływa na nasze życie oraz by otaczać się przedmiotami świadomie.

Bardzo spodobał mi się argument, że jesteśmy jak komputery, ale nasze oprogramowanie ma kilkadziesiąt tysięcy lat i nie jest nawykłe do przetwarzania tak ogromnej ilości danych i bodźców, których dostarcza nam dzisiejszy świat. Warto więc mu pomóc i przynajmniej w zaciszu własnego mieszkania ograniczyć ilość przedmiotów, które będą wysyłały do mózgu przeróżne sygnały. Co ciekawe, pan Sasaki omawia również minimalizm informacyjny, tj. sugeruje, że warto również ograniczyć liczbę danych, które do nas docierają. Dlatego też w ramach moich porządków – uporządkowałam również pliki na moim komputerze oraz, co ważne, zakładki w przeglądarce.

Danshari, czyli rozumieć siebie

Metoda Danshari to

technika postępowania, w ramach której dokonuje się selekcji przedmiotów, co pozwala nie tylko na lepsze poznanie siebie, lecz także umożliwia zapanowanie zarówno nad zewnętrznym, jak i wewnętrznym nieładem.

Ważne jest, by nie wyrzucać rzeczy bezmyślnie, bo jeśli się nie zrozumie tego procesu i nie nada się mu znaczenia, będzie to zwykłym porządkowaniem, które zakończy się upychaniem rzeczy po kątach i w efekcie nie będzie żadnym postępem.

Proces porządkowania rzeczy może być świetną okazją do tego, żeby lepiej poznać siebie. Pani Yamashita sugeruje, żeby od uporządkowania przestrzeni wokół siebie przejść do porządkowania swojego wnętrza. Przedmioty, które posiadamy wiele o nas mówią, zarówno te, które zostawiamy, jak i te wyrzucane, więc porządkując swoją przestrzeń, możemy dokonać także samooceny.

Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że bardzo przywiązana byłam do tego, jaką osobą byłam kiedyś, zamiast do tego, jaką osobą jestem teraz. I tak na przykład wśród wyrzuconych rzeczy znalazły się takie przedmioty jak identyfikatory z poprzednich prac czy bilety z zagranicznych wycieczek. Mam narzędzia do rysowania, choć nie robiłam tego od dawna, ale wiąż myślę o tym, że kiedyś do tego wrócę, mimo że teraz zdecydowanie więcej przyjemności sprawiają mi kolorowanki. Mam sporo kolczyków, choć od dawna nie mogę ich nosić (tych nie wyrzucę, planuję je oddać). To bardzo ciekawe, jak wiele rzeczy trzyma mnie wciąż w przeszłości i o ile lepiej by było, gdybym skupiła się na tym, kim jestem w teraźniejszości.

20171112_015502-blog

Warto się zastanowić, co mówią o nas wyrzucane rzeczy.

W „DAN-SHA-RI…” podobało mi się również to, że pani Yamashita bardzo skrupulatnie objaśnia dlaczego gromadzimy rzeczy i czemu tak trudno się z nimi rozstać. Jednocześnie przytoczone przykłady pokazują, że jest to uczucie względnie uniwersalne, co jednak nie znaczy, że nie można zmienić swoich praktyk i sposobu myślenia o porządkowaniu rzeczy. Świetne są proste zasady, które pomagają organizować posiadane przedmioty, jak na przykład zasada trzech kategorii, która może na początku drogi jest jeszcze dla mnie zbyt zaawansowana, ale będę ją na pewno jeszcze testować (szczególnie gdy pójdę minimalizować swoją kuchnię!). Dobrze też, że w książce znajdują się przeróżne tabelki, grafy i wykresy porządkujące informacje, którymi ta książeczka jest przepełniona.

Co wybrać?

Skorzystanie z obu tych książek, jest jakby sposobem na upieczenie dwóch pieczeni na jednym ogniu. Skoro i tak już selekcjonujemy rzeczy w dążeniu do minimalizmu, wykorzystajmy metodę Danshari, by lepiej zrozumieć, co wyrzucane przedmioty o nas mówią.

Minimalizm jest sposobem na życie, który chciałabym wdrożyć, a metoda Danshari – jednym ze środków, do jego osiągnięcia. Nawet pan Sasaki w swojej książce wspomina o tej metodzie, jako o jednej z technik i sam rozważa, jaki obraz siebie starał się wykreować za pomocą posiadanych przedmiotów.

Oczywiście można wybrać i skorzystać z tylko jednej z tych pozycji i efekty również będą zadowalające. Cieszę się jednak, że mogłam zyskać szerszy obraz.

Japońska droga

Ciekawe jest również to, że poza wymiarem praktycznym i, no cóż, nieco coachingowym, możemy w tych książkach odnaleźć coś jeszcze. Niewątpliwie są one również interesującym wejrzeniem w codzienne życie Japończyków oraz ich mentalność, która zdecydowanie przebija  z kart obu książek.

Pan Sasaki nawet poświęcił kilka podrozdziałów temu, jak minimalizm odnosi się do kultury japońskiej. Snuje teorię, że Japończycy byli kiedyś minimalistami, o czym świadczy na przykład wygląd tradycyjnych japońskich domów, albo to, jak podczas ceremonii herbacianej ogranicza się ilość utensyliów do niezbędnego minimum i zupełnie eliminuje wszystko to, co mogłoby rozproszyć uwagę biorących w niej udział od siebie nawzajem. Autor „Pożegnania z minimalizmem…” tłumaczy tą teorią także na przykład współczesne zainteresowanie Japończyków minimalistycznymi urządzeniami Apple’a.

Pani Yamashita natomiast swoją metodę Danshari opiera na podstawach duchowych. Inspiracją do pracowania jej były techniki medytacyjne i joga. Cała teoria przez nią promowana, w dużej mierze opiera się na zwrocie ku wnętrzu. Z resztą jej metodyczność i analityczność w podejściu do tematu, też wiele o niej świadczy.

To bardzo ciekawe, móc odnaleźć w tej książce również drugie dno. Jeśli więc nie chcecie sprzątać, przeczytajcie chociaż te książki w ramach poznawania kultury :)

Formalności

Warto jeszcze na koniec powiedzieć o samych książkach. Obie są wydane naprawdę ładnie, choć zdecydowanie „DAN-SHA-RI…” wygląda na efektowniejsze. Twarda oprawa, ciepły kolor papieru i przyjemne pomarańczowe detale w tekście wywierają bardzo pozytywne wrażenie. Projekt „Pożegnania z nadmiarem…” jest  – nomen omen – bardziej minimalistyczny, ale bardzo podobało mi się, że na przykład każda z 55 porad dostała własną stronę i nie obawiano się zostawiać pustych przestrzeni. To sprawiało, że lektura była bardzo przyjemna. Na początku książki można znaleźć również kilka zdjęć, obrazujących między innymi to, jak wyglądają domy minimalistów, w tym autora.

Tym, o czym trzeba jeszcze powiedzieć, jest tłumaczenie. Panu Grzegorzowi Kuleszy dałabym pięć gwiazdek, bo tak dobrze przetłumaczonego tekstu z języka japońskiego (a przynajmniej taką mam nadzieję, bo nic nie wskazuje na to, by było inaczej) dawno nie czytałam. Tłumacz świetnie uchwycił charakterystycznych sposób japońskiego formowania myśli i jednocześnie sprawił, że książkę czytało się płynnie i bardzo naturalnie. Czysta przyjemność. Troszkę gorzej jest w przypadku „DAN-SHA-RI…”, bo nie dość, że książka jest napisana w nieco bardziej formalny sposób, gdyż jest to podsumowanie seminariów, które pani Yamashita prowadziła, to jeszcze wyraźnie czuć, że to podwójne tłumaczenie (książka została przetłumaczona z języka francuskiego), ponieważ w kilku miejscach traci płynność. Zdecydowanie jestem całym sercem za tym, żeby tłumaczyć bezpośrednio z języków azjatyckich – mimo że to na pewno trudniejsze i droższe – bo publikacje tylko na tym zyskują.

Jestem jednak przekonana, że znajdą się i amatorzy luźnego tonu pana Sasakiego, jak i konkretów zaserwowanych przez panią Yamashitę. Warto zastanowić się, która pozycja będzie dla nas lepsza i jaki jest właściwie cel, który chcemy osiągnąć, sięgając po którąś z nich. Podpowiadam, że książki dopełniają się świetnie.

20171109_141213-2-blog

Chyba widać różnicę?

Zapraszam na mojego fanpage’a, na którym zamieściłam więcej zdjęć ze sprzątania.

Czytaj dalej

Reklamy

Krzysztof Piskorski – Czterdzieści i cztery

Dzisiaj będzie znów o polskiej fantastyce. Przypominam, że pisałam już kiedyś o „Takeshim” pani Mai Lidii Kossakowskiej i „Hel3” pana Jarosława Grzędowicza. Dziś za to opowiem o rewelacyjnej książce pana Krzysztofa Piskorskiego Czterdzieści i cztery.

Alternatywne historie

Świat zamiast podążyć ścieżką w kierunku elektryczności i wszystkich wynalazków z nią związanych, rozwinął energię próżni i na niej oparł rozwój technologiczny. Odkrycie etheru wpłynęło nie tylko na życie codzienne, zapewniając takie udogodnienia jak oświetlenie ulic czy transport miejski, ale ale także na przykład usprawniło przemysł zbrojny.

Jedna z broni stworzonych dzięki energii próżni, doprowadziła do anihilacji Wilna i upadku powstania listopadowego. Kilkanaście lat po tym wydarzeniu, Eliza Żmijewska, która jako jedna z niewielu osób przeżyła powstanie przybyła do Londynu, by wypełnić misję zleconą przez… Juliusza Słowackiego. Miała zabić Konrada Załuski, który zdradzając powstańców i  przechodząc na stronę Rosjan, doprowadził do upadku powstania.

Słowacki to nie jedyna postać istniejąca naprawdę, która pojawiła się w książce. Występują w niej między innymi Adam Mickiewicz, Lord Byron czy Emilia Plater. Co jeszcze ciekawsze, każdy z rozdziałów poprzedza mniej lub bardziej fikcyjny dokument, co pozwala czytelnikowi złożyć sobie ze skrawków historię świata przedstawionego w książce, opartego na energii próżni. Pośród tych „cytatów” znajdują się znane nam dzieła, które jednak zostały przez pana Piskorskiego tak zmienione, by pasowały do realiów. Spójrzmy na przykład na ten fragment Ody do Wolności Juliusza Słowackiego:

[…] I czymże dzisiaj jest król Albijonu?
Błyszcząca mara – widziadło,
Księżyc na niebie zamglonem,
A blask aetheru oświeca tę postać wybladłą.

To są naprawdę drobne alternacje, ale fakt że autor o nie zadbał, buduje doskonałą atmosferę tej książki. Podobnie jak wszystkie elementy świata przedstawionego, które składają się na obraz epoki.

Trzeba oddać autorowi, że udało mu się dokonać bardzo trudnej sztuki – niewątpliwie wykonał ogromny reaserch do swojej książki, dowiadując się możliwe dużo o tym, co działo się i jak wyglądało życie w 1844 roku, a jednak potrafił te wiadomości odpowiednio przefiltrować i nie przeładować nimi powieści. Dzięki temu nie ma się poczucia, że jest to odhaczanie kolejnych must-have, bądź popisywanie się rozległą wiedzą, co jest przypadłością wielu autorów, którzy chcą zawrzeć w swojej książce możliwie wiele ciekawostek na temat danego okresu, bez względu na to, czy mają one wykorzystanie w fabule. W Czterdzieści i cztery na szczęście tego nie ma. Wszystkie elementy świata przedstawionego mają swoje miejsce i nie ma tu fabularnych wydmuszek.

Alternatywne światy

Energia próżni, którą odkryto w świecie Czterdzieści i cztery, miała jeszcze jedno ważne zastosowanie. Pozwoliła otworzyć bramy do alternatywnych rzeczywistości. Pan Piskorski przewidział wszystko: sposoby i powody podróżowania między światami czy wykorzystanie polityczno-gospodarcze faktu, że alternatywne rzeczywistości istnieją. Światotwórstwo jest zdecydowanie jego mocną stroną.

Gdy ludzie otworzyli etherowe bramy, zobaczyli za nimi kolejne światy. Każdy z nich miał własne gwiazdy, własne galaktyki. Okazało się, że nasz niewiarygodnie wielki, pełen słońc i planet kosmos ma wielu braci bliźniaków… […] Nie wiemy nawet, ile ich jest. Miliony, miliardy czy jeszcze więcej? Razem tworzą bogactwo istnienia, którego człowiek nie ogarnie rozumem.

Dokonawszy takiego niebywałego odkrycia ludzie zrobili to, co ludzie potrafią robić najlepiej – zaczęli kolonizować. Podbijać nowe światy i zakładać na nich własne placówki, służące między innymi celom wydobywczym. Powstały takie miejsca jak Europa², Europa³ czy Londyn²… Każde pełne możliwości.

Czasem również innych ras, bo nie we wszystkich odkrytych światach alternatywnych ewolucja poszła utartym szlakiem od małpki do człowieka. Jednym w ważnych bohaterów w powieści jest Xa’ru, wyglądający trochę jak przerośnięty pasikonik, który opiekuje się… głową sir Thomasa Mitchella, eksploratora nowych światów, któremu podczas jednej z wypraw przydarzył się wypadek. Żyjącą głową, należy dodać.

Alternatywni… Chińczycy?

No i pewnie znów zapytujecie – gdzie ta Azja? Przyznam szczerze, że jest jej tutaj naprawdę niewiele i reprezentuje ją głównie doktor Huang Xi, który jest współpracownikiem wspomnianego wcześniej Załuskiego. Główna bohaterka, Eliza, poznaje Chińczyka, próbując zbliżyć się do Konrada, na którym maa wykonać wyrok sądu Rady Emigracyjnej. Pan Piskorski opisuje go następująco:

Stanęła zaskoczona, widząc przed sobą Chińczyka w jedwabnym mandaryńskim stroju. Na czubku wygolonej głowy nosił małą czapeczkę, a jego sumiaste czarne wąsy zwisały aż na pierś.

Czy:

Chińczyk stał w drzwiach prowadzących do prywatnego warsztatu Załuskiego. Ręce miał skrzyżowane i schowane w szerokich rękawach. Jego długie, czarne wąsy błyszczały jak odlane z żelaza.

Jeśli wcześniej chwaliłam pana Piskorskiego, za to, że z wyczuciem dawkuje swoją wiedzę na temat świata przedstawionego, tak tu sobie poszalał, dając panu Huangowi wszystkie możliwe stereotypowe cechy. I nie chodzi tu tylko o wygląd, ale również zachowania, bo jak przystało na Azjatę, postać ta nieustannie się kłania, jest bardzo uprzejma. Skoro to Chińczyk, to wiadomo, że będzie też cytował Konfucjusza:

Chciała się pani zemścić na moim drogim przyjacielu. A Konfucjusz mawiał: „Zanim wyruszysz na zemstę, wykop dwa groby”.

Co więcej, pan Huang ma całą gamę „chińskich” umiejętności. Załuski nazywa go doktorem, dba on bowiem o zdrowie swojego współpracownika. Jest także tatuażystą Konrada. Oprócz kreowania go na mędrca, który jest spokojny, statyczny i tajemniczy, pan Piskorski odsłania też jego drugą naturę. Okazuje się, ze gdy trzeba, Huang jest również biegły w sztukach walki i znakomicie posługuje się chińskim mieczem.

Huang wystrzelił do przodu jak jedwabna błyskawica i odciął jej drogę. Świsną w powietrzu mieczem, ugiął nogi i ułożył ostrze na głową tak, że przypominało kolec jadowy skorpiona. […] Jego miecz błyskał w powietrzu tak szybko, że ledwo zdążała się zasłaniać.

To jest taki „Stereotypowy Chińczyk. Zestaw dla początkujących”. Tajemniczy, starszy, w jedwabnej szacie, z długimi sumiastymi wąsami (czasem też z warkoczem, albo w trójkątnym kapeluszu). Biegły w medycynie, najlepiej naturalnej i/lub sztukach walki. Wypowiada się zagadkami, sentencjami lub wyjątkami z Konfucjusza (względnie Sun Tzu i jego Sztuki wojny).

Ja nie mówię, że to całkiem źle, że taka postać się tam znalazła. Bo wbrew pozorom, myślę, że ona dobrze wpasowuje się w tamtą epokę i odzwierciedla stan wiedzy ówczesnych Europejczyków na temat szeroko pojętego Orientu (z którym mieli niewiele do czynienia, bo kontakty zazwyczaj ograniczały się do wymiany handlowej z Chinami, skąd sprowadzano herbatę, jedwab czy porcelanę). Jedynie można  było to nieco stonować i nie zrobić z niego chodzącego stereotypu.

Mam nadzieję, że wybaczycie mi, że pojawienie się tego jednego Chińczyka w Czterdzieści i cztery, wykorzystałam tak okropnie pretekstowo, żeby opowiedzieć Wam o świetnej powieści. Ale naprawdę warto o tej książce mówić. Nie bez powodu pan Piskorski dostał za nią Zajdla. Mam nadzieję jednak, że wybaczycie mi więc to małe nagięcie zasad i sięgniecie po Czterdzieści i cztery, bo mam wrażenie, że na polskim rynku to jedna z ciekawszych i lepiej napisanych powieści fantastycznych.

Czytaj dalej

Kobieta na krańcu świata: Prawie jak kobieta (sezon 9, odcinek 3)

Kiedy twój program dotyczący Japonii zaczyna się od stwierdzenia, że Japończycy są kosmitami… nie ma dla niego taryfy ulgowej. Gdy coś takiego słyszę, mam ochotę potrząsnąć tym, kto to powiedział. Tym razem jest to pani Martyna Wojciechowska.

Obecnie trwa dziewiąty sezon programu „Kobieta na krańcu świata”. Lubię tę produkcję, podoba mi się, jak pani Wojciechowska podchodzi w niej do obcych kultur i – przynajmniej w większości – jak stara się ich nie oceniać, tylko być obserwatorem. Jeśli napotykała coś, co wyjątkowo godziło w jej uczucia, przedstawiała to jako jej własną perspektywę. Gdy na przykład raz trafiła na walki kogutów, mówiła, że:

zazwyczaj nie oceniam kultury i tradycji innych ludzi, ale w tym przypadku nie mogę się powstrzymać: uważam to za barbarzyńską rozrywkę i bezsensowne cierpienie zwierząt  (sezon 7, odcinek 2)

Niestety widać każde obiektywne podejście zostaje wystawione na próbę w zdarzeniu z Japonią, i mało kto wychodzi z tej próby obronną ręką. W trzecim odcinku, zatytułowanym „Prawie jak kobieta” pani Wojciechowska jedzie do Japonii. Już w pierwszej minucie programu słyszymy:

Japonia. Przyjazd tu jest jak lądowanie na innej planecie.

I dlaczego? Bo Japończycy mają jasno zarysowane normy społeczne (ruru, jak z nie omieszkuje wspomnieć pani Wojciechowska, jak gdyby to było zupełnie nowe słowo, a nie po prostu angielskie rules). Po za tym, jakie to dziwne, że współczesne społeczeństwo kieruje się zasadami w codziennym życiu. I jeszcze główną rolę w ich życiu odgrywa praca. No, kosmici jak nic.

A teraz wymieńmy jeszcze parę rzeczy, o których koniecznie trzeba koniecznie wspomnieć, będąc w Japonii:

  • Japończycy lubią kobiety uległe i milczące (tu najazd kamery na spódniczkę jakiejś przypadkowej lolitki)
  • „rozmiar typowo japoński” – podkreślmy, jakie wszystko jest niskie i małe, bo Japończycy tacy niziutcy. Mieszkanie głównego bohatera „nawet całkiem przestronne”, szok, jednak nie mieszkają w mieszkaniach o wielkości jednej maty tatami.
  • troszczenie się o ojca męża to obowiązek kobiety – takie dziwne to społeczeństwo, że opiekują się starszymi. Oczywiście nie w porządku jest, że mąż zostawił żonę ze starszym ojcem pod opieką, ale czy jest coś dziwnego, że ona opiekuje się staruszkiem zamiast oddać go do domu starców, albo zostawić samego?
  • zero dotyku, zero czułości – ale sama przed chwilą powiedziała, że „Europejczykom trudno jest zrozumieć japońską mentalność” i ma świadomość, że ta mentalność jest inna, a i tak mówi z pozycji wyższości, że to jest dziwne i inne, i w domyśle, gdyby wszystko było takie, jak na Zachodzie, Japończycy nie mieli by problemów i nie sypialiby by z lalkami.
  • Japończycy wyuzdani seksualnie vs. sexless – czyli jedyne dwa sposoby mówienia o Japonii
  • „Senji wbrew pozorom nie ma problemu z nawiązywaniem kontaktu z kobietami” – wow, brawo Senji.
  • szokująca liczba singli – mężczyźni nie chcą harować na rodzinę i szukają miłości gdzie indziej, a kobiety skupiają się na karierze, jakby na Zachodzie nie było dokładnie takich samych trendów.

A teraz główny temat odcinka. Pani Wojciechowska rozmawia ze swoją informatorką, Fabiolą, Polką, która od 20 lat mieszka w Japonii, by poszukać przyczyn tego zjawiska. I kobieta ta, na pytanie, czy z tego, że fizyczne relacje są na niskim poziomie bierze się zainteresowanie japońskich mężczyzn lalkami, odpowiada z przekąsem, że przecież

nie możemy powiedzieć, że każdy Japończyk śpi z lalką.

I tu się pojawia ze strony pani Wojciechowskiej dramatyczna próba ratowania swojej tezy:

ale i tak zdarza się to częściej, niż w przeciętnym zachodnim kraju.

No tylko, że przedstawia się to tak, jakby naprawdę większość społeczeństwa miała problemy z nawiązywaniem relacji i kupowali sobie lalki na potęgę. Na poparcie tego podaje się liczby. 20 tysięcy osób posiada lalki, albo jak ujmuje to pani Wojciechowska jest „właścicielem sztucznych kobiet”. To brzmi jak ogromna liczba, ale weźmy pod uwagę, że ludność Japonii na 2016 rok to 126 323 715 osób (za populationpyramid.net), to to jest jakieś 0,015%  społeczeństwa. Czy to naprawdę aż tak wielki problem w skali tego kraju?

Pani Fabiola jest jasnym punktem tego programu, bo to kobieta, która naprawdę stara się obrać perspektywę japońską, a nie stawiać doświadczenia człowieka z „bardziej rozwiniętego kulturowo Zachodu” jako te nadrzędne wobec kultury Japonii. Próbuje z trudem wyprowadzić racjonalne argumenty, że to nie tak, że co drugi Japończyk śpi z lalką, ze ten seks to w ogóle nie jest taki ważny w tym wszystkim, że Japończykowi dużo łatwiej przywiązać się uczuciowo do lalki, jeśli wierzy, że i ona może posiadać duszę. Szkoda, że tej pani się nie słucha, dopóki nie potwierdzi z góry przyjętej tezy.

Moim zdaniem posiadanie lalek to złożony temat. Z jednej strony może to być po prostu hobby, szczególnie jak niektórzy mają tych lalek po dwadzieścia, prowadzą blogi na ten temat i spotkania z innymi posiadaczami. Hobby jak każde inne. Z drugiej może to być to, że ludzie decydują się kupić i zamieszkać z lalkami z powodu samotności. Potrzeba posiadania kogoś, do kogo można się odezwać, szczególnie jak nie ma się kogoś bliskiego, albo stosunki z rodziną się popsuły, jak w przypadku bohatera odcinka. Można mówić do telewizora, można kupić sobie kotka lub pieska, można taką właśnie namiastkę człowieka. Jak już długo z nią rozmawiać, zaczyna ci być bliższa niż ludzie, z którymi nie ma się zbyt wielkiego kontaktu. Człowiek się przywiązuje, bo w końcu , ma kogoś z kim można zjeść posiłek albo do której można się przytulić w nocy, i być trochę mniej samotnym. To nie jest jakiś skomplikowany mechanizm i nie uważam, by był też jakoś szczególnie japoński.

W podsumowaniu programu słyszymy:

Okazuje się, że im bardziej szukamy ideału, tym bardziej go nie ma. Niektórzy próbują zaprojektować sobie perfekcyjną partnerkę. Wygląda idealnie, nie ma żadnych wymagań. Czy to pójście na łatwiznę? Dewiacja? A może desperacka potrzeba posiadania kogoś, do kochania?

A może by tak przedstawić choć raz Japończyków w taki sposób, żeby nie pojawiały się sugestie, ze są dziwni, zboczeni albo nie umieją w normalne relacje społeczne? Bardzo bym tego chciała.

Nie będę udawać, że dla mnie osobiście życie z lalką byłoby czymś zupełnie naturalnym, ale fakt, że ja bym tak nie robiła, nie jest jeszcze powodem, żeby mówić, że to jest dziwaczne, złe lub nieakceptowalne (jeśli nikogo się przy tym nie krzywdzi, to kim jestem, by oceniać?). Ja podejmuję ten straszny wysiłek, żeby spróbować ocenić to zjawisko przez pryzmat kultury japońskiej, nie swojej, i żeby nie stawiać moich przekonań i norm społecznych jako lepszych. Oraz, żeby z góry nie zakładać, że Japończycy to kosmici i wszystko, co robią musi być dziwaczne, wypaczone bądź zboczone.

Naprawdę pora przestać dźwigać „brzemię białego człowieka” i narzucać innym kulturom jedyny słuszny wzorzec zachodni.

tvn

Fot. Marek Arcimowicz (źródło: Facebook)

Czytaj dalej

Death Note (reż. Adam Wingard)

To pierwsza próba wprowadzenia filmów na bloga (nie martwcie się, nie będzie się to często zdarzać), ale uznałam, że skoro mam konto na Netflixie, to prawie jakbym miała ten film na swojej Azjatyckiej Półce :) Niestety nowa produkcja Netflixa okazała się tak zła, że nie mogłam się powstrzymać, żeby o niej nie napisać. Uwaga! Spoilery jak stąd do Tokio.

Bad luck

Zacznijmy od małego wprowadzenia. „Death Note” to japoński komiks napisany przez Tsugumiego Ōbę, ilustrowany przez Takeshiego Obatę. Powstał w 2003 roku i wychodził do 2006 roku. W Polsce zaś w 2007 roku zaczęło go wydawać wydawnictwo J.P.Fantastica. Mangę potem zamieniono w serial, który wychodził w japońskiej telewizji w latach 2006-2007. Emitowano go również w Polsce w stacji AXN w 2008 roku, bo pamiętam, jak zarywałam noce, żeby go oglądać…

Niestety na tym kończy się wszystko, co dobre związane z „Death Note”. Potem tytuł ten miał mniejszego bądź większego pecha związanego z licznymi adaptacjami. W 2006 roku powstał film w reżyserii Shusuke Kaneko (odpowiedzialnego między innymi za kilka filmów o Godzilli) podzielony na dwie części: „Death Note” i „Death Note: The Last Name”. To był jeszcze ten najmniejszy pech, bo w perspektywie nie był to zły film. Miał oczywiście kilka problemów, ale całkiem wiernie trzymał się fabuły (przynajmniej z początku) i grali w nim dobrzy aktorzy (Tatsuya Fujiwara jako Light Yagami i Ken’ichi Matsuyama jako L).

Niestety nie można tego samego powiedzieć o kolejnym filmie, który był spin-offem do historii opowiedzianej przez Shusuke Kaneko. W 2008 roku Hideo Nakata (ten od „Ringu” i „Dark Water”) postanowił stworzyć „L: Change the World”. Miał ten nieszczęsny film opowiadać historię tajemniczego detektywa L, a skończyło się na pościgach, strzelaninach i dramatycznej scenie prostowania pleców…

Próbowano też przenieść „Death Note’a” na mały ekran i tak powstały dwa seriale: „Death Note” z 2015 roku oraz „Death Note: Light Up The New World” z 2016 roku. Oba łączyło fatalne aktorstwo i słaby scenariusz. Drugi z tytułów próbował przenieść akcję w przyszłość i wprowadzić nowe pokolenie posiadaczy Notatnika Śmierci… z marnym skutkiem. No ale potem nadeszła wersja Netflixa, wyreżyserowana przez Adama Wingarda i nagle wszystkie poprzednie próby okazały się być bardzo udane.

Z czym to się je (podpowiedź: z jabłkami)

Kilka słów wprowadzenia, dla tych, którzy nie wiedzą, czym jest „Death Note”. Nie sugerujcie się za bardzo opisem na Netflixie:

Notes demona daje nastolatkowi zabójczą moc. Wkrótce chłopak zostaje uznany za jednego z przestępców, z którymi walczy.

To niby się zgadza, ale jednak nie do końca. Zacznijmy więc od omówienia.

Głównym bohaterem tej historii jest Light Yagami. To genialny chłopak z dobrego domu, któremu niczego nie brakuje, ma świetne wyniki w nauce, jest lubiany i ma praktycznie zaplanowaną całą przyszłość. On jednak jest znużony i do głębi zdegustowany światem, w którym żyje. W jego ręce trafia tytułowy Notatnik Śmierci, który daje moc odbierania życia.

Death_Note

Zasady używania Notatnika Śmierci, źródło: Death Note Wiki

Light decyduje się użyć notatnika, a jego celem jest oczyszczenie świata ze zła (później też klaruje mu się myśl zostania władcą tego nowego, oczyszczonego świata). Ludzie nazywają go Kirą (od angielskiego słowa killer), tworzy się wokół jego osoby swoisty kult, choć nikt nie zan jego tożsamości. Wykorzystuje swój intelekt i wtyki w policji, gdzie pracuje jego ojciec, by uzyskiwać informacje o przestępcach i wdrażać swój plan w życie.

Jego plany zostają pokrzyżowane, gdy w sprawę zaczyna być zamieszany genialny detektyw L, który stawia sobie za punkt honoru powstrzymanie Kiry. Obaj prowadzą niesamowitą, emocjonującą grę, która polega na tym, by zawsze być dwa kroki przed drugim.

Wszystko to obserwuje bóg śmierci (shinigami) Ryuk, który zrzucił Notatnik na Ziemię.

Starcie kretynów

To nie wydaje się być tak trudne do przeniesienia na ekran. A jednak. W netflixowej wersji tak wiele rzeczy poszło nie tak, i zamierzam je bezlitośnie wymienić.

Siłą japońskiego oryginału jest obserwowanie umysłowych zmagań Lighta i L. To prawdziwi geniusze, którzy kalkulują każdy ruch przeciwnika, rozpracowują wzory, szukają najmniejszych potknięć, prowadzą ze sobą intelektualne potyczki na takim poziomie, że odbiorca nie tylko śledzi to z zapartym tchem, ale również nie może wyjść z podziwu nad ich intelektem. Amerykańska wersja doszczętnie ogłupiła zarówno Lighta, jak i L. Nie pozostało w nich nic z geniuszy, którymi byli w oryginale.

Light Turner, jak nazwano go w tej wersji, jest dość zwyczajnym nastolatkiem. Nieszczególnie się uczy, jest średnio popularny w szkole i nie ma żadnych wybitnych osiągnięć. Bardziej niż inteligencją, popisuje się raczej bucerą. Próbuje się wymądrzać, ale daleko temu do jakiegokolwiek przejawu geniuszu. Przeciętność jest tu problemem, bo gdy dostaje do ręki Notatnik Śmierci, jego motywacje do użycia go są żadne. Do tego stopnia, że twórcy musieli mu dopisać sztuczną motywację – zemstę. Bo jego matka zginęła, a człowiek, który to spowodował nie poniósł zasłużonej kary. Trzeba było ją zatem pomścić.

Gdy korzysta z Notatnika jest niezwykle nieostrożny. Spotkawszy Mię (o której będę jeszcze pisać później), niemal natychmiast pokazuje jej Notatnik. Dialog między nimi wygląda dosłownie tak:

Mia: Notatnik Śmierci? Co to jest? […]
Light: Nie mogę ci powiedzieć.
Mia: Ok.
Light: Naprawdę chcesz wiedzieć?
Mia: Jasne.
Light: Powiem ci.

Pełna dyskrecja, proszę państwa. Później jest nie lepiej, bo Light zabija na prawo i lewo, nie zwracając uwagi na nic. Wymyśla sobie pseudonim (nie wiedzieć czemu z języka japońskiego oraz jak twierdzi rosyjskiego) i od razu obwieszcza w sieci, że Kira jest odpowiedzialny za te wszystkie morderstwa.

Detektyw od siedmiu boleści

Gdzie się podziała ta emocjonująca gra w kotka i myszkę, mylenie tropów, bycie zawsze o krok przed przeciwnikiem? Przecież na przykład gdy w mandze L odkrył, że Kira musi być uczniem, bo morderstw dokonuje „po lekcjach”, Light natychmiast zmieniał wzór działania. A jego podchody, by nadal wypełniać Notatnik, gdy był pod obserwacją policji, były wręcz zadziwiające (minitelewizorek w paczce chipsów!). Filmowy Light nie zostaje złapany tylko dla tego, że ludzie, którzy go szukają, są równie głupi jak on sam.

L w mandze dorównywał Lightowi inteligencją i prowadził z nim prawdziwą wojnę umysłów. Był ekscentrykiem z wyglądu i zachowania, ale doskonale wiedział, co robi. Świetnie potrafił czytać wszystkie ślady zostawiane przez Lighta i wnioskować z okruszków. Niemalże w myśl zasady, że „gdy odrzucisz to, co niemożliwe, wszystko pozostałe, choćby najbardziej nieprawdopodobne, musi być prawdą”, potrafi nawet wywnioskować, że Kira zabija na odległość, mając do dyspozycji tylko nazwisko i twarz ofiary.

W filmie próbują odwzorowywać kolejne sceny z mangi, ale dramatycznie je upraszczając, przez co tracą swój wydźwięk. Dedukcje L są proste, on sam za bardzo impulsywny. Wniosek o tym, że Light jest Kirą, jest dedukcją naprawdę z kosmosu. Konfrontacja Lighta i L jest żenująca i wydaje się być po prostu przechwałkami głupich nastolatków. Light mówi mu niemalże wszystko, a on sam nie jest lepszy. Odsłania wszystkie karty i robi to pod wpływem emocji, podczas gdy mangowy L posługiwał się równie zimną logiką jak Light, z tym że z zupełnie innych pobudek.

Japońskie demony mnie do tego zmusiły!

Myślę także, że twórcy nie do końca zrozumieli, jakie jest główny sens „Death Note’a”. Najważniejsze w nim jest bowiem to, że całe zło wyszło od Lighta. Nikt go nie przymusił do zabijania ludzi. Ta potrzeba i chęć zrodziły się w jego zimnym serduszku przez nikogo tam nie zasiane. Były spowodowane chłodną logiką, która doprowadziła go do wniosków, że świat jest zepsuty i wymaga drastycznych środków, a on sam jest dość kompetentny, by zostać nowym bogiem tego świata.

I nie, nikt go do tego nie namawiał.

W przeciwieństwie do filmu, który zdejmuje całą odpowiedzialność z Lighta i przenosi ją na Ryuka, boga śmierci. W mandze Ryuk podrzucił Notatnik na Ziemię z bardzo prozaicznego powodu – nudziło mu się, a ludzie wydawali się mu niezwykle interesujący. Notatnik trafił do Lighta przez przypadek, ale z perspektywy Ryuka było to idealne trafienie, bo Light ze swoją potrzebą oczyszczenia świata ze zła, okazał się niezwykle rozrywkowy.

Przez cały czas Ryuk towarzyszył Lightowi, ale w nic nie ingerował. Ciekawiła go ludzka natura i nie zamierzał w żaden sposób manipulować nowym posiadaczem Notatnika. Czasem tylko, jakby dokładając nowe karty do puli, proponował jakieś rozwiązanie, które jego zdaniem mogło spowodować interesujące przetasowania w istniejącej sytuacji. Na przykład zaproponował Yagamiemu „oczy shinigami”, które pozwoliłyby mu widzieć nazwiska wszystkich ludzi (co byłoby mu przydatne w pokonaniu L, ale jednocześnie skróciłoby Lightowi życie o połowę). Nie był to jednak ani przymus, ani nawet pomoc. Ot, propozycja, która mogłaby ciekawie zamieszać, a decyzja o skorzystaniu z niej należała tylko i wyłącznie do Lighta.

Co robi natomiast filmowy Ryuk? WSZYSTKO. To on wybrał Lighta (jak i wybierał mnóstwo ludzi przed nim), on go namówił do pierwszego morderstwa i do dokonania zemsty na zabójcy matki. Jest przedstawiany jako zła siła, która skorumpowała biednego Lighta i popchnęła go na ścieżkę usłaną trupami. Ryuk manipulował ludźmi zmuszając ich do morderstw, nawet w Notatniku pojawił się zapis, że nie można mu ufać.

W netflixowym filmie rozrywką dla Ryuka jest przeciąganie zwykłych ludzi na ciemną stronę mocy i zmuszanie ich do morderstw.  Filmowy Ryuk wyszukuje osobę, której przekaże notatnik i staje się związany z posiadaczem Notatnika. W pewnym momencie, zirytowany postawą Lighta, wywiera na nim presję, żeby oddał mu już Notatnik (w filmowej adaptacji Notatnik nieużywany przez tydzień wraca do Ryuka), bo jest rozczarowany tym, jak kiepsko Lightowi idzie zabijanie.

Takie przeniesienie winy z Lighta na Ryuka zupełnie niszczy całą ideę „Death Note’a”. Nie wiem, czemu twórcy zdecydowali się na taki zabieg, czy bali się pokazać, że ta chęć mordu naprawdę może wyjść od nastolatka i być wynikiem zimnej analizy? Dlaczego musi istnieć jakaś strasznie zła siła z zewnątrz, która go do tego popycha? Z psychologicznego, przerażającego thrillera ten film zamienił się w kolejną okropną produkcję o opętaniu i skorumpowaniu biednego amerykańskiego chłopca przez japońskie demony.

Misa-Misa Mia

Nie tylko Ryuk manipuluje Lightem. Robi to też Mia, która ma być filmową wersją Misy-misy. To ona wydaje się być bardziej zajawiona Notatnikiem i możliwością zabijania. Ale wydaje się, że robi to tylko dlatego, że to fajne. Teoretycznie pojawiają się w filmie teksty o szukaniu sprawiedliwości, oczyszczaniu świata ze złych ludzi i stawaniu się bogiem. Z tym, że w ustach tych postaci brzmi to jak młodzieńczy kaprys, zachcianka rozwydrzonych gówniarzy, którzy chcą się popisać – z tym że na bardzo dużą skalę.  W filmie padają nawet słowa, że Light zabiłby kogoś, kto przespałby się z jego dziewczyną, co jest zachowaniem wyjątkowo szczeniackim.

Mia jest manipulatorką, ale jej motywacje są równie głupie i sprowadzają się głównie do tego, że zabijanie ludzi jest dużo ciekawsze od bycia cheerleaderką. W pewnym momencie kradnie mu Notatnik, by samodzielnie wykończyć agentów FBI śledzących Kirę. Teoretycznie to, jak chce „chronić” Lighta, nawiązuje do jej mangowego odpowiednika, ale fakt, że próbuje go zabić, zupełnie nie ma sensu.

Tylko dla porządku dodam, że Misa-misa była w mandze fanką Kiry. Poniekąd była w nim zakochana, z innej strony zaś działała jak jego wyznawczyni. Dodatkowo Misa posiadała własny notatnik śmierci oraz „oczy shinigami„, dzięki czemu odnalazła Lighta. Była gotowa zrobić wszystko dla niego i nie miała problemu z zabijaniem na jego rozkaz przy pomocy własnego Notatnika, starała się też za wszelką cenę go chronić.

Amerykański koszmar

Film ma dwa momenty kulminacyjne: wątek z Watarim i finałowa scena na diabelskim młynie. W obu Light próbuje być chytry i uknuć intrygę przy pomocy Notatnika, a wychodzi z tego wielka chaotyczna klapa i przepychanka między nim a Mią. Ostateczna intryga rozgrywa się między nimi, a nie tak, jak w mandze, między Lightem a L. Biorąc pod uwagę, że ani on, ani ona nie grzeszą inteligencją i przy wypełnianiu Notatnika myślą raczej dolnymi partiami ciała zamiast mózgiem… intryga jest głupia i naciągana.

Na koniec dodam jeszcze, że oprócz powyższych wad uważam, że film jest po prostu źle zrobiony. Wydaje mi się, że osoby, które nie znają pierwowzoru mogą się pogubić w skrótach myślowych zastosowanych w filmie. L wyciąga wnioski, które, jeśli czytało się mangę lub oglądało anime, można jakoś uzasadnić, ale wydaje mi się, że nie wszystkie wynikają jasno z fabuły.

Ale nawet jeśli na to się przymknie oko, to to naprawdę nie jest dobrze zrobiony film, ani dobrze zagrany, bo aktorstwo wcale nie jest tutaj udane. Dodatkowo dawno nie widziałam tak źle wykorzystanej muzyki w filmie. Piosenka Chicago „I don’t wanna live without you” naprawdę nie działa dobrze w strasznie dramatycznej scenie kulminacyjnej, a zakończenie takiego filmu utworem „The Power of Love” od Air Supply… po prostu dobrze podsumowuje czym był ten film.

PS. Nic tak nie podsumowuje różnic między tymi dwoma produkcjami jak zestaw gifów pod poniższym linkiem. Zajrzyjcie tutaj.

Czytaj dalej

Jarosław Grzędowicz – Hel3

Trzymam się ostatnio w klimatach futurystycznych, lubuję się w wizjach przyszłości – im bardziej negatywnych, tym ciekawszych. Podobał mi się świat wykreowany przez pana Davida Mitchella w Atlasie Chmur, gdzie życie w futurystycznej Korei podporządkowane było konsumpcjonizmowi, ideom dżucze, a także wyzyskowi sztucznie stworzonych Fabrykantów. Teraz trafiłam na Hel3 pana Jarosława Grzędowicza, gdzie ponownie pojawia się mało optymistyczna wizja przyszłości.

Dobrowolne ubóstwo

Na początku warto podkreślić, że to nie jest bardzo odległa przyszłość. Rzecz się dzieje w 2058 roku, a więc tak naprawdę na przykład dla mnie jest to dość osiągalna przyszłość. Świat nie zdążył się jeszcze bardzo zmienić, aczkolwiek rozwinął się w wielu kwestiach. A w paru niestety zwinął.

Przyjrzyjmy się temu, jak wygląda sytuacja polityczna i gospodarcza w 2058 roku. Gdy poznajemy głównego bohatera, Norberta, znajduje się on w Dubaju, gdzie stara się zarobić, kręcąc iwenty (o tym później). I co tam słychać? No cóż, na Bliskim Wschodzie bez zmian. Niepokoje społeczne, ataki terrorystyczne, strzelaniny na ulicach, publiczne egzekucje i temu podobne atrakcje. Idealne dla iwenciarza.

Po powrocie do Polski Norberta jest zupełnie inaczej. Europa popadła w proekologiczną histerię, która uderzyła przede wszystkim w państwa takie jak Polska, które przez długi czas opierały swoją gospodarkę na przykład na wydobyciu węgla, przez co przyczyniły się do ogromnego zanieczyszczenia Ziemi. W ramach Doktryny Zrównoważonego Rozwoju, obciążony takim brzemieniem kraj musiał przyjąć zasadę dobrowolnego ubóstwa i w rezultacie praktycznie zatrzymał się w rozwoju. Podporządkowano niemal wszystkie dziedziny życia komórkom rządowym, które decydowały o tym, jak przeciętny obywatel ma żyć, w co się ubierać, jak mieszkać, co jeść i tak dalej.

Wrócił do kuchni, wydobył paczkę pitnej czekolady, jedną z niewielu limitowanych, ale legalnych rzeczy, które kupił dziś w sklepie akcyzowym. Zamknął kapsułkę w ekspresie i dał się lekturze sloganów gromiących go za współudział w sprowadzeniu towaru z odległości prawie sześciu tysięcy kilometrów, obwiniających od wysłanie do atmosfery stu czterdziestu siedmiu dodatkowych kilogramów CO2, oraz litanii ostrzeżeń dotyczących substancji szkodliwych dla zdrowia, pouczeń w kwestii właściwej utylizacji odpadów, a na koniec informacji o zdrowej alternatywie, jaką stanowiła „Żołędziolada”™ (bez cukru), cokolwiek to znaczyło. Napis przewinął się do końca, na opakowaniu zabłysło jeszcze logo Fundacji „Wolny od Używek” i slogan „Twoje zdrowie należy do Społeczeństwa!”.

Hodowla roślin, zwierząt czy tradycyjne formy wyrobu produktów żywnościowych (np. wędlin, kiełbas itp.) były całkowicie zakazane. Parają się tym na przykład „Wiochmeni”, dawni mieszkańcy wsi, którzy zostali pozbawieni swoich domów i uznani za „krezusów i latyfundystów” i teraz zamieszkują nielegalnie pustostany w opuszczonych blokowiskach.

Ulice patrolowane przez drony, głęboka inwigilacja, bezkarność władzy i zatrzymanie jeśli chodzi o jakiekolwiek innowacje. Autor nawet określa to jako ideologię dżucze, nawiązując do doktryny z Korei Północnej. To dość pesymistyczna, a jednocześnie bardzo realna wizja 2058 roku, a oddalona zaledwie o czterdzieści lat.

Rozszerzona rzeczywistość

Co ciekawe, przy całym tym zacofaniu, technologia jednak rozwijała się. Szczególnie pod względem wdrożenia w życie codzienne AR, rozszerzonej rzeczywistości. Technologia ta, mam wrażenie, nie tylko jest zwyczajnie użyteczna, ale pomaga ludziom uciec od ponurej szarości i nijakości życia codziennego. Do tego dochodzą wszelakie hologramy, wirtualne rozrywki i usługi – pod względem kreacji miasta coś jak Ghost in the Shell albo Blade Runner (choć jeszcze bez latających samochodów :) ).

Na czym polega ten rozwój technologiczny w Hel3? Otóż każdy jest wyposażony w omnifon, czyli jakby iPhone skrzyżowany z Google Glass, który wyświetla treści tuż przed oczami właściciela, zastępując telefon, laptop, kartę kredytową, klucze do domu itd. Bez dostępu do omni człowiek tracił właściwie dostęp do wszystkiego – trudno mu skontaktować z kimś, zapłacić w sklepie, przemieszczać się, a czasem nawet wejść do własnego domu. Był właściwe uzależniony od technologii.

Nie miał omnifona. […] Niby wiedział, że wszyscy wokół grają w różne dry, spotykają się z przyjaciółmi, załatwiają interesu, flirtują, spiskują albo toczą ogromnie istotne dysputy o polityce, ale patrząc ze swojego krzesełka własnymi oczami, jakoś nie mógł w to uwierzyć. Każdy z ludzi tkwił we własnym świecie, który nie istniał. Mroczna poczekalnia była prawdziwa. […] Realna była zimna posadzka pod nogami, mokry, lodowaty wiatr świszczący przez wybite szyby i zaklejone policyjnym,  czarno-żółtym paskiem drzwi do toalety, tylko że nikt ich nie dostrzegał. Nie widzieli nic poza pulsującą tkanką MegaNetu.

MegaNet odgrywa ważną rolę w tej książce, choć jest mocno demonizowany. Norbert zarabia kręcąc filmiki z iwentów, które następnie umieszcza w sieci. Nazywa to karmieniem bezrozumnej, wielookiej bestii. By taki iwent przyciągnął odpowiednio dużo widzów i dzięki temu był opłacalny, najlepiej, by trwał „maksymalnie pięć minut, najlepiej trzy. Mnóstwo wydarzeń. Coś drastycznego. Krew. Emocje.”

Gdzie jest Azja?

Pewnie na tym etapie zastanawiacie się już, a gdzie tu Azja i po co opisuję jakąś książkę fantastyczną na blogu poświęconym książkom związanym z Azją. Odpowiedź mogłaby brzmieć, „bo jest dobra”, ale pewnie nie wszystkich to przekona. No ale już spieszę z konkretnymi wyjaśnieniami. Otóż Azja tu jest. Nie odgrywa co prawda najważniejszej roli, ale jest na tyle ciekawie przedstawiona, że warto o niej wspomnieć.

Zacząć należy od tego, że w tej wizji przyszłości Chiny dość wysforowały. Mają wpływy w korporacjach na całym świecie i są dość znaczącą stroną w światowej polityce. Przedstawicieli chińskich korporacji można znaleźć również w Polsce.

Autor dobrze nawiązuje do kultury biznesu krajów azjatyckich, powołując się na budowanie guanxi, czyli swoistej sieci wpływów i układów w biznesie (choć w książce jest to niekoniecznie poprawnie zapisane jako „guang-xi”). Trafnie potrafi uchwycić potrzebę pokazania swojej potęgi poprzez gesty typu wystawna kolacja w kraju, który z powodu doktryny dobrowolnego ubóstwa żywi się świerszczami i żołędziami (całkiem dosłownie).

Z Chinami związany jest całkiem spory wątek, ale powstrzymamy się od spojlerów, bo to jedna z mocniejszych scen w całej powieści. Ważne, że dzieje się w restauracji wręcz szablonowo chińskiej, nazwanej Cesarską Pagodą.

W restauracji spodziewał się okrągłych rzeźbionych odrzwi, malowanych pioskosmoków, parawanów barwionych laką i papierowych lampionów. Równie dobrze mógł się też spodziewać potraw w skrobiowych pudełkach na wynos. Wnętrza wypełniało szkło, kamień i drewno w postmodernistycznym, neochińskim stylu. Orientalna Ikea w wersji turbo. Smoki, ideogramy i wachlarze też tam były, ale raczej zasugerowane i ukryte w stylizacji. Wymalowane światłem, cieniem barw, śladem piaskowania na kryształowym szkle.

Ten opis, choć kiczowaty, dobrze oddaje chińską specyfikę. Autor podaje kilka sztampowych przykładów „chińskiego wystroju”, ale innym razem jest w stanie uchwycić brak dosłowności w chińskiej sztuce i na przykład operowania cieniem. Muszę też przyznać, że określenie „Orientalna Ikea w wersji turbo”, jest jednym z moich ulubionych w całej książce!

Uprzedzenia do języka

Jednak nie wszystko udało się panu Grzędowiczowi tak ładnie. Chwilę przed przytoczonym  fragmentem, który może i jest stereotypowy i kiczowaty, ale dobrze się bawi konwencją, pojawia się komentarz na temat strony internetowej opisywanej restauracji:

[…] całe połacie stron upstrzone kolumnami ideogramów bez tłumaczenia na jakikolwiek ludzki język.

Pewnie ten komentarz miał być zabawny, ale jednak w moim odczuciu jest zwyczajnie rasistowski i mogłoby tam go nie być. W ogóle pan Grzędowicz zdaje się mieć problem z językami azjatyckimi, bo gdy Norbert spotyka dwóch Japończyków, znów zostajemy uraczeni komentarzem:

A potem Azjata zaczął coś mówić, twardo, turkocąco, coraz szybciej i głośniej. Drugą połowę zdania wyskandował, a koniec wywrzeszczał. […] Z wnętrza wynurzył się kolejny Japończyk, w średnim wieku, szczupły, z nikczemnym zarostem na podbródku, w koszulce polo i też wrzasnął. Najpierw coś, co brzmiało jak „Kiriyama!”, a potem coś, co mogło być wiązanką wściekłych przekleństw i obelg, albo, zważywszy na różnice kulturowe, wymianą uwag na temat pogody.

Przyznam szczerze, że rozczarował mnie ten fragment. Dlaczego? Bo spodziewałam się więcej, niż lekceważącego tonu i powielania stereotypów, które same w sobie mogą być bardzo ciekawie wykorzystywane w tekstach kultury, ale nie w tym przypadku. Tutaj jest to po prostu leniwe granie na najniższych skojarzeniach i traktowanie bohatera azjatyckiego z góry. Japończycy krzyczą, bo tak był u Kurosawy, więc to musi być prawda.

Japońskie piwo i chińskie papierosy

Te przykłady to jednak tylko mała szrama na naprawdę ciekawej powieści, która bardzo inteligentnie operuje motywami orientalnymi. W całej książce pojawia się mnóstwo bardzo drobnych odwołań, które może i nawet momentami nie wnoszą nic szczególnego do fabuły, ale dają do zrozumienia, że w tym futurystycznym świecie Azja całkiem przyzwoicie sobie radzi i jest obecna w codziennym życiu ludzi, czy to w Dubaju, gdzie przebywa przez jakiś czas bohater, czy w Polsce (czy też na Księżycu, bo i tam w końcu docieramy w pewnym momencie).

Norbert, będąc jeszcze na Bliskim Wschodzie, desperacko poszukuje miejsca, gdzie mógłby połączyć się z MegaNetem. Trafia do japońskiego baru z pachinko (automatami do gry), który jest oczywiście otwarty bez względu na zamieszki w mieście (ach ta Japońska pracowitość!).  W barze nazwanym „Ikebukuro”, co nawiązuje do rozrywkowej dzielnicy Tokio, pije się oczywiście piwo Asahi (samochłodzącego!) wznosi okrzyk Kampai! (na zdrowie) i mówi łamanym językiem („jak drugo?”). Japończyk, który go tam przywitał miał

sterczącą na wszystkie strony neonową czuprynę oraz ciężką, jakby pancerną, czarną kurtkę, pełną poruszających się kolców i ostrzy. […] Obrzucił Norberta dziki spojrzeniem złotych tęczówek przypominających tygrysie oczy z pionową źrenicą i coś powiedział.

Ten imidż rodem z japońskiego Harajuku, nawiązujący też do kojarzonych z Azją modyfikacji ciała. Jest nieco kiczowaty, a jednak dobrze wpisuje się w futurystyczną wizję świata.

Można też spojrzeć na mieszkanie Norberta w Polsce, gdzie jednym z podstawowych elementów wystroju stało się drzewko bonsai. Jednak dużo bardziej dostrzeżemy inspirację Japonią gdy bohater będzie się kładł spać, wyciągając z szafy futon i rozkładając go na podłodze.

Obecność Azji widać także w języku, w jakim jest pisana książka. Tutaj, podobnie jak w Atlasie chmur, pojawiają się eponimy, czyli takie przykłady słów, w których nazwa własna przechodzi z pojedynczej rzeczy na cały zbiór. W wizji pana Grzędowicza pojawiają się na przykład jinlingi, jako określenie na papierosów. Słowo to pochodzi od rosyjskiej marki papierosów, początkowo wytwarzanych w Chinach, w Nankinie, którego dawna nazwa brzmi właśnie Jinling. Innym przykładem, nie związanym jednak z Azją a z naszym własnym podwórkiem, są „janusze”. Słowo to wykorzystują osoby wysoko postawione w stosunku do „pospólstwa” („I nagle pojawia się dobry wujek i będzie zakładał szkoły dla januszy?”). Ciekawe, że pan Grzędowicz uznał, ze to właśnie to słowo wytrzyma próbę czasu i wejdzie na stałe do słownika.

Ten, który ukradł księżyc

Wizja przyszłości przedstawiona w Hel3 nie jest wizja bardzo odległa i jest całkiem prawdopodobna. Za to, jak pan Grzędowicz przemyślał sytuację geo-polityczną w swoim futurystycznym świecie, należą mu się oklaski. W swojej recenzji zawarłam tylko wycinek tego, co można znaleźć w powieści. Później przecież bohater leci w kosmos!

Zdecydowanie warto poznać Hel3. Dla niesamowitego świata przedstawionego, trzymającej w napięci fabuły i finału, którego nikt się nie spodziewa, a na który stać tylko autora pokroju pana Grzędowicza, który jest bardzo pewny swojej pozycji w polskiej fantastyce.

A jeśli przy okazji fani Azji mogą się świetnie bawić wyszukując nawiązania – tym lepiej!

Czytaj dalej