Magdalena Furmanik-Kowalska – Uwikłane w kulturę

Zawsze będę zachęcać, żeby w swoich czytelniczych wyborach nie pomijać prac naukowych poświęconych Azji, choć może to się wydawać lekturą trudną czy mało rozrywkową. Pisałam już o książce Brak Absolutu. Pojęcia dobra i zła w japońskiej popkulturze pani Doroty Barańskiej oraz pozycji Wizerunek mężczyzny w visual kei pani Klaudii Adamowicz. Obie pozycje były pierwotnie pracami zaliczeniowymi na studiach. Teraz przedstawię Wam książkę pani Magdaleny Furmanik-Kowalskiej Uwikłane w kulturę. O twórczości współczesnych artystek japońskich i chińskich, kolejną wartą przeczytania pracę uniwersytecką.

Kobiecy punkt widzenia

Autorka w swojej książce postanowiła pochylić się nad sztuką tworzoną przez kobiety z Japonii i Chin oraz uchwycić to, jak ich dzieła wpisują się w szerszy kontekst kulturowy.To nie jest pytanie czy, ale jak, a pani Furmanik-Kowalskiej udaje się uchwycić te powiązania znakomicie. Dostajemy bowiem przegląd głównych motywów pojawiających się w twórczości Japonek i Chinek, a także zarysowanie tła historycznego i kulturalnego, które wpłynęło na taki a nie inny kierunek ich działalności.

Pomimo odmiennego podłoża historycznego oraz innych etapów rozwoju sztuki współczesnej w dziełach artystek japońskich i chińskich można odnaleźć wspólne tematy oraz motywy ikonograficzne. Wynika do głównie z dwóch powodów: pierwszym z nich są istotne wzajemne oddziaływania w dziedzinie kultury i sztuki, drugim natomiast – zbliżona sytuacja kobiet w hierarchii i strukturach społecznych tych państw.

Tym jednak, co jest najciekawsze podczas czytania tej książki, jest dostrzeganie różnic pomiędzy twórczością Japonek i Chinek, te drobne niuanse istniejące pomimo tego wszystkiego, co je łączy.

Od jednostki po społeczeństwo

Wszystkie tematy w książce zostały ujęte w niezwykle udaną klamrę. Zaczynamy od  artystek Japońskich i tego, jak podchodzą do swojego ciała, jako podmiotu i przedmiotu swojej działalności artystycznej. W dużej mierze pojawiają się tutaj problemy natury feministycznej, o czym wspomnę później. Następnie autorka omawia kimono, czyli najbardziej charakterystyczny tradycyjny strój kobiecy i jego pozycję w twórczości (i życiu) współczesnych kobiet. Pokazuje, jak kimono może stać się nowym środkiem wyrazu dla współczesnej artystki. Na koniec Pani Furmanik-Kowalska przechodzi do omówienia dużo szerszych zagadnień społeczno-kulturowych, które mają znaczący wpływ na twórczość japońskich artystek. Tu pojawia się na przykład wszechobecna w Japonii estetyka kawaii i cosplay.

Cosplay, kawaii i inne trendy przychodzące z Japonii są tym, co pozwala połączyć część japońską i chińską. Autorka omawia bowiem, jak artystki z Chin wykorzystują motywy płynące z Japonii, promowane na przykład poprzez inicjatywę Cool Japan.

Część chińska rozwija się odwrotnie niż ta poświęcona japońskim artystkom: od szerokiego kontekstu uwarunkowań społeczno-kulturowych i omówienia takich zjawisk jak

retoryka komunistyczna, szybka modernizacja kraju, zanik tradycyjnych wzorców społecznych na rzecz konsumpcyjnego trybu życia, a także starania o jak najlepszy wizerunek Chin na świecie.

W przypadku Chin pojawia się kwestia tradycyjnego stroju co jego wytwarzania. W działalności chińskich artystek ważną rolę zajmuje tkactwo, haftowanie czy farbowanie odzieży. Dopiero na koniec autorka przechodzi do omówienia tych artystek, które poprzez swoją sztukę wyrażają swój indywidualizm i często jako przedmiot swojej artystycznej działalności wykorzystują własne ciało.

Tradycja vs współczesność

Autorka opisuje twórczość prawie czterdziestu artystek. Nieco bliższa jest mi część japońska, o której wiem jednak więcej, więc łatwiej jest mi się do niej odnosić. Aczkolwiek z drugiej strony, mimo że o chińskiej części wiem nieco mniej, autorka omawia wszystkie zagadnienia tak jasno, że nie ma najmniejszego problemu ze zrozumieniem przekazu. Dlatego książka jest przystępna nawet dla osób bez szerokiej wiedzy na temat Azji.

Przy takiej różnorodności, można znaleźć opisy dzieł czy kierunków powziętych przez kolejne twórczynie, które będą się czytelnikowi podobały bardziej lub mniej. Osobiście dużo bardziej zainteresowała mnie ta część twórczości artystek japońskich i chińskich, która odwołuje się do ich tradycji i przeszłości. Interesujące jest, jak ją reinterpretują lub jej się przeciwstawiają. Niezwykle podobało mi się, że chińskie artystki zaczęły wykorzystywać akt kobiecy w zupełnie inny sposób niż na świecie, jako symbol wolności i samoekspresji a nie opresji. Ciekawy jest głos japońskich artystek odnośnie wszechobecnej estetyki kawaii, oraz takich tematów jak

prężnie rozwijający się od lat 70. seksbiznes, obejmujący swoim zakresem zarówno erotyczne filmy ([..]pinku eiga, czyli „różowa kinematografia”), mangi i gadżety, poprzez mydlarnie i „hotele miłości”, jak i enjo kōsai, czyli płatne randki.

Natomiast jeśli chodzi o cosplay, dużo ciekawiej od japońskich wykorzystują go chińskie artystki – przynajmniej w przykładach opisanych przez autorkę. Chinki w interesujący sposób także odnosiły się do przeszłości swojego kraju i rewolucji kulturalnej. Komentują ten czas na różny sposób, czasem próbując poprzez swoją sztukę rozliczyć się z  tym okresem, kiedy to coś takiego jak indywidualizm nie mogło istnieć, ale również na przykład wykorzystują w swoich pracach charakterystyczne maoistowskie mundurki.

Nie dla waginy

Problem miałam natomiast z wieloma dziełami opisanymi głównie na początku książki o charakterze performansu czy happeningu. Choć pani Furmanik-Kowalska jasno wyjaśnia motywacje autorek poszczególnych dzieł, to jednak są one dla mnie nie tyle niezrozumiałe, co niepotrzebnie kontrowersyjne. Takimi dziełami były na przykład „miękkie fallusy” Kusamy Yaoi, czy performans Kuboty Shigeko zatytułowany Vagina painting:

Na białym papierze rozłożonym na podłodze artystka malowała pędzlem umieszczonym w bieliźnie tak, aby oglądający odnieśli wrażenie, że tworzy przy pomocy swojej pochwy. Kubota użyła do tego czerwonej farby, która w tym kontekście przywodziła krew menstruacyjną, co wywołało w widzach radykalne reakcje – w większości nieprzychylny odbiór dzieła.

Niestety mój odbiór tego dzieła także jest nieprzychylny i tego typu działania moim zdaniem przynoszą więcej szkody niż pożytku. Oczywiście taka tematyka dzieł nie jest  jedynie domeną japońskich artystek, bo i w chinach pojawiają się dzieła typu Twelve Flower Months, gdzie kwiaty, które typowo przypisuje się tradycyjnie do poszczególnych miesięcy,  Chen Lingyang zestawiła z

erotycznymi wizerunkami fragmentów swojego ciała, z waginą i udami, które odbijają się w klasycznych lustrach chińskich – na każdym zdjęciu innym.

Gdy dochodzą do tego kwestie feminizmu, który ogółem jest grząskim gruntem,  ta grupa dzieł staje się w moim odczuci bardzo nieprzystępna. Aczkolwiek chwali się to, że autorka nie tylko zachowuje obiektywizm przy opisywaniu dzieł (także tych kontrowersyjnych), ale też stara się pokazać różne punkty widzenia, odbiór ówczesnych krytyków czy kontekst, w którym powstawały.

Naukowo acz przystępnie

Naukowy obiektywizm tej publikacji działał więc na korzyść. Dzięki temu, że autorka jedynie relacjonowała przebieg poszczególnych performansów, komentując wyłącznie ich wydźwięk i miejsce w szerszym kontekście artystyczno-kulturowym danego okresu, odbiór ich był dużo mniej kontrowersyjny, niż gdyby na przykład narzucono czytelnikowi zachwyt lub niechęć autorki. To właśnie, że każde dzieło jest nie tylko opisane powierzchownie na zasadzie „co przedstawia”, ale jest postawione w szerszym kontekście, jest kolejnym plusem.

Choć może język publikacji nie jest szczególnie emocjonujący, bo książka napisana została w typowy dla prac naukowych uczelni wyższych sposób, to jednak w swej naukowości jest przystępny. Bez rozbuchanych fraz, niepotrzebnie wielosylabowych słów, czy naukowego napuszenia. Wydaje się, że została ona przeredagowana, by jako publikacja książkowa była przyjemniejsza w czytaniu i to się sprawdza.

Sporo wiadomości przekazywanych jest małym druczkiem w przypisach, co może nieco utrudniać odbiór, ale za to bogata bibliografia może być podstawą do dalszego poszukiwania informacji. Szkoda jedynie, ze wplecione w tekst zdjęcia nie mogły być większe i kolorowe, bo można by było z nich wynieść dużo więcej, a tak – małe i czarno-białe niekoniecznie spełniają swoją funkcję.

Przez sztukę do serca

Okazuje się, ze sztuka tworzona przez Chinki czy Japonki wcale nie jest jakaś nietypowa. Że kobiety tam, na Dalekim Wschodzie borykają się z podobnymi problemami i w podobny sposób chcą o nich mówić poprzez swoją sztukę. Jednocześnie poruszają takie tematy, które są charakterystyczne tylko dla nich, ze względu na ich bagaż historyczny i kulturowy. To naprawdę ciekawe, móc poznać ich punkt widzenia i zobaczyć, jaki ich obraz odbija się w tworzonych przez nie dziełach.

Tak naprawdę, to nie jest wyłącznie praca o twórczości artystycznej, bo wnioski można przenosić na całe współczesne Chiny i Japonię. To, co kobiety przekazują przez swoją sztukę, jest tym, jak widzą świat, który je otacza i problemy, jakie posiada. Czy to wciąż niska rola kobiety sporwadzonej do roli pomocy domowej lub obiektu seksualnego, czy to zagubienie w relacjach międzyludzkich i czy też postępująca modernizacja rozluźniająca więzy międzyludzkie i stawiająca konsumpcjonizm na pierwszym miejscu. To tylko przykłady, ale pokazują, że książka Uwikłane w kulturę. to nie tylko opowieść o artystkach z Chin i Japonii, ale i również o ich krajach. Bo nie da się mówić o ich sztuce bez szerszego kontekstu. Publikacja ma to wszystko.

Widać, jak wiele pracy i pasji włożyła w powstanie tej pracy pani Furmanik-Kowalska. To nie jest tylko praca naukowa. Takie prace pisane na przykład w ramach obrony magisterskiej lub doktorskiej są niezwykle ciekawe, oryginalne i kreatywne, wbrew temu, co można by sądzić. Badacze docierają często do interesujących, nietypowych tematów, sięgają po nieoczywiste punkty widzenia. Nie szczędzą też sił na dogłębny research i dzielą się swoją wiedzą z czystej przyjemności opowiadania innym o tym, co jest ich pasją. Dobrze więc, że kolejna z takich publikacji mogła ujrzeć światło dzienne i mam nadzieję, że będzie ich w przyszłości dużo więcej.

Czytaj dalej

David Mitchell – Cloud Atlas

Witajcie po kolejnej przerażająco długiej przerwie. Widzę, ze weszło mi to w krew. Jednego możecie być pewni – nie ważne jak długa będzie przerwa, ja zawsze wrócę. :)

Dzisiaj będzie krótko, bo właściwie w tej książce jest tylko część poświęcona Azji – ale za to jaka! Mowa o Atlasie Chmur pana Davida Mitchella. Tytuł tego posta jest po angielsku, bo właśnie w tym języku czytałam tę książkę. Próbowałam po polsku, ale niestety tłumaczenie zabiło wszelką przyjemność. To jednak temat na zupełnie inny wpis!

Może część z Was kojarzy też wspaniały film sióstr Wachowskich, oparty na tej książce. Jeśli nie – koniecznie nadróbcie. Warto.

Souls cross ages like clouds cross skies…

Historia w Atlasie chmur jest mocno pokomplikowana. I nie mówię tu tylko o tym, co opowiada autor ale też jak to opowiada. Mamy tu sześć historii. Wszystko zaczyna się w XIX wieku a kończy w bardzo odległej przyszłości po crashu cywilizacyjnym. Śledzimy losy:

  • Adama Ewinga, który podczas podróży przez Pacyfik ratuje zbiegłego z plantacji niewolnika,
  • kompozytora Roberta Frobishera który w 1931 roku pisze listy do swojego kochanka,
  • dziennikarki Luisy Rey, która odkrywa aferę w elektrowni atomowej,
  • Timothy’ego Cavendisha, który zostaje uwięziony w domu spokojnej starości i organizuje z niego brawurową ucieczkę,
  • Sonmi~451, sztucznie stworzonego „Fabrykanta” z futurystycznej Korei,
  • Zachary’ego żyjącego w bardzo odległej przyszłości.

To już jest wiele do ogarnięcia, a historie są na dodatek podzielone. Centralne miejsce w książce zajmuje część Zachary’ego (jedyna niepodzielona). Przed nią mamy połowę opowieści o Adamie, Robercie, Luisie, Tomothym i Sonmi. Po części Zachary’ego historie dokańczane są w odwrotnej kolejności – od Sonmi po Adama. Dodatkowo każda jest napisana w innym stylu: dziennik, listy, powieść kryminalna, wspomnienia, wywiad… Czy ciężko się to czyta? Nie. To tworzy wyjątkową magię tej książki. A mnogość postaci jest jak najbardziej uzasadniona.

Atlas chmur to przepiękna powieść o tym, jak splatają się ludzkie losy. I to nie tylko ludzi żyjących w tych samych czasach, a może przede wszystkim na dużo większą skalę. Motyw reinkarnacji i połączenia dusz jest bardzo silny w tej książce (a także, z tego co wiem, choć sama nie czytałam, w całej twórczości pana Mitchella). Przeróżne zabiegi, które wykorzystał autor, pozwoliły oddać tę różnorodność losów, czasów, charakterów i historii.

Kolejne opowiadane części dopracowane są pod każdym względem. Pan Mitchell zadbał, żeby jego postaci były odpowiednio różnorodne pod względem charakteru, by ich historie były tak samo wciągające. Dopieścił swoją powieść również na płaszczyźnie językowej, bo sprawił, by sposób wypowiadania się postaci był dostosowany do czasów, w których ona żyje (i tu właśnie poległ polski tłumacz). Słowem – pod względem warsztatowym to mistrzostwo. Pod względem fabularnym – również.

Sonmi~451

No ale dość tych zachwytów. Jesteśmy tu, by mówić o Azji. Dlatego też skupię się na części zatytułowanej An Orison of Sonmi~451. Uwaga, tu zaczną się spoilery.

Sonmi~451, jak już wspomniałam, jest Fabrykantem (szczerze mówiąc, nie wiem, jak te pojęcia były przetłumaczone w polskiej wersji, jeśli wiecie, dajcie znać w komentarzach), czyli swego rodzaju sztucznym człowiekiem stworzonym po to, żeby służyć tym, którzy są czystej krwi (Purebloods). Sonmi pracuje w jednej z restauracji sieci Papa Song. To jej cały świat, nie zna niczego poza cyklem życia restauracji, a jej wszystkie czyny są podporządkowane Katechizmowi, który każe szanować Konsumenta (Consumer).

Każdy jej dzień jest taki sam, dopóki nie zaczyna zauważać, jak bardzo sztuczne jest to, co ją otacza. Zaczyna kwestionować Katechizm, aż w końcu zostaje wyzwolona z Papa Song i może zobaczyć, jak wygląda prawdziwy świat. A jest to doświadczenie naprawdę przykre. Poznaje bowiem prawdę o tym, że Fabrykanci są wykorzystywani przez tych, którzy są czystej krwi, o tym, że morduje się ich i przerabia na pokarm dla innych służących, kiedy przestają być już potrzebni. A jednocześnie pierze im się mózgi, tak, by nie dostrzegały tego i jedynie czciły swojego Logomana.

One Year, One Star, Twelve Stars to Xultation! At Star Seremon on New Year’s morning, our twelvestarred sisters made the sign of the dollar, genuflected, then left by the Exit for the voyage adoard Papa Song’s golden Ark. On 3D’s we saw them again as they embarked for Hawaii; later their arrival at Xultation; soon after, their transformation into busy, well-dressed customers. […] How happy our sister looked! They xhorted us to work hard; ear our stars with deligence; repay the Investement; and join them on Xultation as soon as possible.

Sonmi jednak zostaje wyzwolona przez ruch oporu, jako jeden ze świadomych i niezwykle inteligentnych (Sonmi uczęszcza na wykłady na uczelni, w której przez jakiś czas przebywa) Fabrykantów ma pokazać światu prawdę o tym, jak wygląda świat i dlaczego należy go zmienić.

Przyszłość to korporacja

Świat natomiast wygląda bardzo ponuro. Wizja przyszłości u pana Mitchella raczej nie jest utopijna. Fabuła An Orison of Sonmi~451 dzieje się w Nea So Copros, części Korei przyszłości. Futurystyczna Korea w wizji pana Mitchella to wysoko rozwinięty kraj, który zdołał umocnić swoją pozycję w Azji, a nawet podbić sąsiadujące państwa (Wyspy Japońskie leżą tu we wschodniej Korei, bogaci młodzi ludzie jeżdżą tam polować na sztucznie stworzone jelenie). To, co definiuje ten kraj, to zaawansowany konsumpcjonizm i korporacjonizm.

Właściwie całe życie ludzi żyjących w tym czasie opiera się na konsumpcji wyprodukowanych dóbr. Posiadają nawet przykaz wydania określonej sumy każdego roku. Zajęci ciągłym kupowaniem, ludzie przestają interesować się produkowaniem czy innymi pracami usługowymi. Od tego mają Fabrykantów – swoistych niewolników. Fabrykanci zrobią wszystko za nich. Zajmą się produkcją i usługami, obsłużą Konsumenta w restauracjach, posłużą za kolejny sprzęt laboratoryjny, na którym można testować wyniki badań, udadzą się pracować w terenach tak skażonych i radioaktywnych, że żaden Pureblood by tam nie poszedł. Fabrykanci pracują nawet na statku-rzeźni… gdzie moruje się ich braci i siostry. Fabrykantów nabywa się zgodnie z najnowszymi trendami i wyrzuca równie szybko, co lalkę Barbie, która już się znudziła.

‚The Zizzi Hikaru Doll was the must-have the Sextet before last. My daughter didn’t give me a moment‚s rest. Of course, my official wife,’  he nodded at the woman on the other side of the bridge, ‚put her all in, morning, noon and nite. „How am I supposed to look our neighbours in their faces if our daughter is the only girl in our carousel not to have Zizzi?” she asked. […] I paid for the damn thing, just to shut the women up! Four months later, what happens? Teencool surfs on and Merlin Monroe dethrones poor passé Zizzi’

A jeśli o trendach mowa, to one rządzą całym konsumpcyjnym społeczeństwem. Posiadanie najnowszych rzeczy jest nie tylko zachcianką, a wręcz obowiązkiem. Konsumpcyjny świat napędza się sam, depcząc wszystkich tych, których nie stać na to, by nadążyć za manią kupowania. Slumsy rosną i rodzą ruch oporu.

Która Korea?

Czy jest coś w tym świecie ze współczesnej nam Korei? Bardzo dużo. Oczywiście nie będę pisać o tym, że zachowane są wszelkie nazwy geograficznie (ze świetnym pomysłem wspomnianej już  Japonii), nazwiska są odpowiednio koreańskie, ale to nie wszystko.

Pytanie, które powstaje, to do której Korei tak właściwie nawiązuje pan Mitchell. Która – północna czy południowa – się rozwinęła w giganta konsumpcjonizmu i wchłonęła ościenne kraje. Otóż wszystko wskazuje na to, że może to być jednak Korea Północna. Władzę sprawuje tu bowiem Beloved Chairman of Nea So Corpos, a obowiązującym prawem jest jego Juche. To wyraźnie nawiązanie do reżimu północnokoreańskiego. Kim Ir Sen, podobnie jak jego potomkowie, również określani byli wzniosłymi przydomkami typu Beloved Chairman, a kult jednostki kwitł w najlepsze. Przywódca ten, obejmując władzę w Korei Północnej, wprowadził również swoją ideologię, dżucze (Juche), która widocznie w  Nea So Corpos  stała się obowiązującą doktryną, a szacunek do Wodza, jego dżucze, korporacji i konsumpcjonizmu wpaja się każdemu – a szczególnie niewolniczo pracującym Fabrykantom.

A gas called evil xists in the world, Papa Song said. When purebloods breathe in this gas, they change. They become terrorists. Terrorists hate everything that is good: Unanimity, Papa Song, hardworking fabricants, even Beloved Chairman of Nea So Corpos and his Juche. Terrorists have a corp named Union. Union wants to become the most powerful corp in plutocracy by changing consumers into terrorists; by killing consumers who oppose them.

Czytając, ma się w wrażenie, że w którymś momencie obie Koree musiały się połączyć i wymieszać ideologicznie. Z Północnej przejęto ideologię i kult jednostki, z południowej nieokiełznaną potrzebę produkowania i konsumowania dóbr doczesnych.

Nie tylko pod względem politycznym autor oddał specyfikę Korei przyszłości. Wprowadza on wiele elementów, które kojarzą się z dzisiejszą Koreą, ale w Nea So Corpos zostały szczególnie rozwinięte. Są to na przykład operacje plastyczne, które w świecie przyszłości przeprowadza się praktycznie od ręki, mogąc zmieniać swój wygląd w zależności od trendów. Pozostał również kolektywizm w społeczeństwie i dążenie do unifikacji. Pan Mitchell zadbał o wiele drobnych szczegółów, które złożyły się w bardzo spójną wizję świata przyszłości.

Fordy i Disneye

Jak już  pisałam, autor bardzo dba, żeby kolejne części książki różniły się sposobem narracji oraz pod względem języka. W zamieszonych przeze mnie cytatach można było zobaczyć, że nawet zapis niektórych słów został odpowiednio zmodyfikowany – na przykład poprzez częste korzystanie z literki „x”. To drobny zabieg, który jednak pokazuje – bardzo słusznie – że wraz z upływem czasu nie zmieniła się tylko sytuacja geopolityczna, nie tylko zwyczaje, ale również język żył i się zmieniał.

Wypowiedzi, jak przystało na państwo oparte na korporacjonizmie i konsumpcjonizmie, mają wiele wspólnego z korporacyjną nowomową. Szczególnie to widać we fragmentach, w których Sonmi mówi o pracy w Papa Song. Jednak tym, co najbardziej mnie zachwyciło pod względem językowym w tej części to eponimy. Pozwolę sobie zacytować SJP PWN:

[eponim] wyraz lub wyrażenie utworzone od nazwy własnej; też: nazwa własna, od której je utworzono

Co to oznacza? Otóż pan Mitchell wspaniale wymyślił, że ewolucja języka przyniesie między innymi to, że niektóre nazwy własne zaczną w pewnym momencie przechodzić na całe przedmioty czy zjawiska. To zabieg naprawdę logiczny i bardo na miejscu w konsumpcjonistycznym świecie przeszłości.

I tak mamy kodaki, które zastępują zdjęcia. Wszelkie sprzęty elektroniczne pokroju smartphone’a, tabletu, PSa czy czytnika nazywa się tutaj sony (są nawet szkolne sony, które służą za podręczniki). Jeździ się fordami, a nie po prostu samochodami. A zamiast filmów ogląda się disney’e. Po kilku pojęciach widać rozwój technologiczny, bo o wszystkich projekcjach mówi się 3D. Ciekawe też, że wszelkie reklamy przyjęły skrótową nazwę AdV (od advertising video, jak mniemam). Moją ulubioną jest ta, która jest wyświetlana na tarczy księżyca – wspaniały pomysł!

A children’s party was in progress in the east. Balloons, paper streamers and party hats filled the space near the elevator. Popsongs and the noise of hundreds of diners filled the dome. Papa Song boomeranged 3D exlairs over the children’s heads […] I was thinking of Yoona […] Despite her disturbing condition, few diners looked up from their meals, sonys and AdV […]

Jest wiele językowych perełek, które można odkrywać po drodze, zachwycając się przemyślanym konceptem świata przyszłości. Są to drobne rzeczy, jak żegnanie się znakiem dolara, czy różnice w formie wypowiedzi Sonmi a innych Fabrykantów, którzy nie przebudzili się jak ona, więc nie byli tak elokwentni. Słowem to bardzo spójne dzieło i futurystyczna wizja, która jest dopracowana w najmniejszych szczegółach.

Przyszłość, do której dążymy

Ciekawe, że taka wizja przyszłości przestawiona w Atlasie Chmur, wcale nie jest nieprawdopodobna. Patrząc na dzisiejszy świat, tak bardzo polegający na konsumpcjonizmie i dążący do posiadania więcej i więcej, może doprowadzić do zaistnienia świata podporządkowanego konsumpcji, gdzie nawet na wiszącej na niebie tarczy księżyca wyświetlane są reklamy, a człowiek – może i sztucznie wyprodukowany, a jednak człowiek – jest tylko kolejnym dobrem, które można nabyć.

Tak czy inaczej, po Atlas Chmur warto sięgnąć. Zapewniam, że nie tylko An Orison of Sonmi~451  jest ciekawe. Osobiście bardzo lubię listy Frobishera i historię Cavendisha. Podziwiam autora za tak sprawne operowanie językiem i stworzenie tak skomplikowanej historii  w sposób niezwykle imponujący. Mam zamiar sięgnąć jeszcze po inne jego dzieła, a na razie polecam Atlas.

Czytaj dalej

Tie Ning – Kobiety w kąpieli

Zacznijmy od tego, że bardzo cieszę się z szansy, jaką Wydawnictwo Znak Literanova daje książkom dotyczącym Azji. Już miałam możliwość zrecenzowania książki Czołem, nie ma hien o Wietnamie. Teraz dostałam powieść chińskiej autorki, Tie Ning, i podeszłam do niej z otwartym sercem. I właśnie serce zostało najbardziej poruszone.

Podglądactwo w dobrym stylu

Kobiety w powieściach nigdy nie były tym, co najsilniej przyciąga moją uwagę. Bohaterki, których historia opiera się w dużej mierze na ich problemach miłosnych, są dla mnie jeszcze mniej atrakcyjne, gdyż jest mi trudno utożsamić się z nimi. Ale tym razem było inaczej. Tym razem miałam aż cztery główne bohaterki, każda z większymi bądź mniejszymi problemami życiowymi i miłosnymi… które fascynowały mnie od pierwszej do ostatniej strony. Każda kobieta była inna, ale ich losy były ze sobą silnie związane – ze względu na pokrewieństwo, więzy przyjaźni i wspólne tajemnice. A ta siatka wzajemnych zależności była napięta od gotujących się emocji.

W opisie książki można znaleźć określenie, że pani Tie Ning

podgląda swoje bohaterki jak tytułowe kobiety w kąpieli. Obserwuje je w najbardziej intymnych sytuacjach, odziera z pozorów i obnaża ich najskrytsze myśli.

Jest w tym bardzo dużo prawdy, ja jednak uważam, że siłą tej powieści jest coś innego. Gdy myślimy o kobiecie w kąpieli jako o obnażonej, odsłoniętej, sugerujemy, też że jest bezbronna i słaba. A kobiety w powieści nie są bezbronne, są „silne i niezależne”. Nie lubię tego określenia, a w tym przypadku nie razi mnie ono i bardzo pasuje do bohaterek. Podglądamy je zatem w kąpieli – że tak pociągniemy tę metaforę – ale nie wtedy, gdy są bezbronne, ale wtedy, gdy w końcu mogą być same ze sobą, szczere w swoich uczuciach i postępowaniu. I to jest właśnie fascynujące w tej książce, że przedstawia nam się Chinki w sposób tak niezwykle prawdziwy, bez krycia się za konwenansami, owijania w bawełnę czy udawania. Wiemy co naprawdę myślą i czują. Poznajemy ich słabostki, miłostki, sukcesy, porażki, problemy i tajemnice. Poznajemy je takie, jakie mogą być naprawdę.

Prawdziwe kobiety

W książce mamy kilka głównych wątków. Główne dotyczą czterech przyjaciółek Tiao i Fan, które są siostrami, Fei oraz Youyou. Dużo uwagi poświęcone jest matce dwóch pierwszych dziewcząt, Wu. Ale książka jest również pełna pobocznych postaci kobiecych. Są one różnorodne, ale każda jest na swój sposób silna i doświadczona przez życie i każda przeżywa je na swój wyjątkowy sposób. Nawet poboczne postaci mają fascynującą, choć nierzadko dramatyczną historię – jak nauczycielka ze szkoły Tiao czy sprzątaczka w szpitalu.

Los nie oszczędzał żadnej z nich. Ich młodość przypadała na okres Rewolucji Kulturalnej, czyli jeden z naprawdę tragicznych okresów w dziejach Chin. Poszukują one normalności i starają się wyrwać się ponad to, co oferuje rzeczywistość, w której przyszło im żyć. Po Rewolucji znajdują swoją drogę w życiu na różne sposoby. Tiao robi karierę w wydawnictwie, Fan wyjeżdża do USA, Youyou zakłada restaurację. Natomiast łamiąca konwenanse i wyzwolona seksualnie Fei zapewnia sobie dostatnie życie oddając swoje ciało. Żadna z nich nie jest szczęśliwa ani spełniona, a ich życie, relacje z innymi i samoocena zdają się być wiecznie naznaczone przeszłością i wielką tajemnicą, którą skrywają.

Autorka ukazuje bohaterki różnych punktów widzenia. Narrator opowiada historię z perspektywy kolejnych bohaterów, przeskakując raz po raz miedzy postaciami. Pojawiają się fragmenty listów, albo nagle wprowadzone zostaje narracja pierwszoosobowa z punktu widzenia mężczyzny, co zmienia dynamikę opowieści. Sprawia to wrażenie, jakby autorka chciała nam pokazać jak bohaterki wyglądają w oczach innych i jak siebie oceniają nawzajem, i w ten sposób osiągnąć kompleksowy i nieco bardziej obiektywny obraz.

Kobiety w powieści pani Tie Ning stają się bardziej prawdopodobne. Są naturalne w swoich zachowaniach, ich uczucia są prawdziwe, co znaczy że nie zawsze kierują nimi dobre pobudki. Problemy, które mają, są prawdopodobne. Mało rzeczy przychodzi im łatwo. Żyją w ciężkich czasach, ich życie nie jest usłane różami. Często muszą iść na kompromis, nie zawsze zgodny z ich sumieniem – poświęcić coś ważnego bądź (niekoniecznie metaforycznie) ubrudzić sobie ręce. Nawet fakt, że opisuje się je podczas bardzo prozaicznych czynności, dodaje im wiarygodności.

Przechodnie nie zauważyliby niczego nadzwyczajnego w kobiecie, która szła niespiesznym krokiem, ale ona właśnie toczyła bitwę w ustach, walcząc koniuszkiem języka z zębami. W czasie kolacji utknął jej tam kawałek oślego mięsa. […] Zaciekle i z całej siły próbowała wylizać szczelinę między zębami. Język już ją znalazł, ale nie umiał wyciągnąć mięsa. Język nie ma palców, więc może tylko lizać.

Sowiecka kobieta

Bohaterki to jednak nie wszystko, co mnie zainteresowało w tej powieści. Ważne są też realia, w których te kobiety żyją.

W pierwszej kolejności jest to okres Rewolucji Kulturalnej. Większość osób zapewne kojarzy ją z przerażającymi obrazami ludzkiej tragedii przeplatanymi propagandowymi plakatami z przewodniczącym Mao (o ile w ogóle kojarzy.) W Kobietach z kąpieli Rewolucja Kulturalna pokazana jest z mniej globalnego, a bardziej indywidualnego punktu widzenia. Co nie oznacza, że jest mniej straszna. Pojawiają się brutalne obrazy publicznego poniżania przedstawicieli klasy intelektualistów, ludzie gotujący innym ludziom straszliwy los z powodu ich „win”, czy opisy życia w obozach, do których zsyłano na reedukację rzekomych kontrrewolucjonistów. To świat bez skrupułów, sumienia, brudny i przejmujący. Który my widzimy oczami poszczególnych bohaterek.

Okropne, zdemoralizowane lata Rewolucji Kulturalnej zostają przeciwstawione zwyczajnemu życiu poszczególnych bohaterek. To skupienie na jednostce jest nieazjatyckie, a jednocześnie tak interesujące. Dużo jest w powieści tak zwanego „normalnego życia” i pokazywania tego, w jaki sposób radzili sobie zwyczajni ludzie w tych trudnych czasach, kiedy brakowało wszystkiego, a za każdy błąd można było słono zapłacić. Dostajemy różnorodne obrazki, które tworzą niesamowity klimat. Nie zrozumcie mnie źle – Rewolucja Kulturalna była złym czasem. Co nie zmienia faktu, że z pewną fascynacją czytałam o tym, jak toczyło się życie w większych miastach, tuż obok szalejącej Rewolucji. O babciach zszywających Dzieła wybrane przewodniczącego Mao na ławce w parku czy dziewczynkach starających się zebrać produkty na przepisy z Sowieckiej kobiety w czasach, gdy zdobycie czegokolwiek graniczyło z cudem. I choć „rewolucja to nie zapraszanie przyjaciół na kolację”, to jednak ten ludzki, indywidualny obraz przedstawiony w powieści jest niezwykle ciekawie.

Najtrudniej było znaleźć śmietankę, żelatynę i karmel: w fuańskich sklepach po prostu nie sprzedawano takich rzeczy. Youyou przypomniała sobie, że mama jej koleżanki ze szkoły podstawowej pracuje w zakładzie przetwórstwa spożywczego, więc poszła z nią porozmawiać. [….] Zakład przetwórstwa spożywczego był własnością państwa. Youyou wykorzystała znajomości i wydała ogromną sumę pieniędzy, jednego juana i czterdzieści fenów, by kupić śmietankę, żelatynę i karmel.

Z drugiej strony mamy jednak czasy modernizacji. Chiny, które podnoszą się z trudem z koszmaru Rewolucji Kulturalnej, starają się żyć normalnie i gonić za Zachodem. Na przykładzie kobiet, którym przyszło żyć po trochu w jednych i drugich czasach, najlepiej możemy zaobserwować przemiany. Objawia się to we wszystkim w zmianie poziomu życia bohaterek, komforcie i możliwościach pracy czy wyjazdu za granicę. Widzimy, jak kobiety stłamszone przez Rewolucję rozwijają skrzydła, a jednocześnie to, jak bardzo Rewolucja wciąż ciąży na ich życiach. Jak było już mówione, podczas Rewolucji musiał robić wiele wątpliwych moralnie rzeczy, żeby sobie radzić sobie w trudnych czasach. Chociaż starają się uwolnić i żyć po swojemu, przeszłość  zarówno osobista, jak i ta „rewolucyjna” się za nimi ciągnie i wpływa na ich obecne życie.

W obu tych obrazach natomiast najlepsze jest to, że są opisane przez Chinkę, której te problemy są bardzo bliskie, a nie przez obcokrajowca, który tylko mógłby sobie wyobrażać, jak wyglądało życie wtedy. Pani Tie Ning przeżyła Rewolucję Kulturalną i obserwowała przemiany w Chinach tuż po niej. W książce czuć ducha autorki i można podejrzewać, że ma podstawy, by opisywać te zdarzenia.

Mężczyźni wśród kobiet

Kobiety w kąpieli to ze wszech miar opowieść o kobietach. One są głównymi bohaterkami, to w okół nich kręci się świat powieści. Mężczyźni zaś grają bardzo umiarkowaną rolę w tej historii. Oczywiście są istotni, bo zajmują bardzo ważne miejsce w życiu bohaterek, ale nie są w stanie ich przyćmić.  One bez nich nie byłyby tam, kim się stały, ale oni też niejako istnieją w powieści tylko na tyle, na ile ich życie splata się z życiem tych kobiet. To bardzo ciekawa perspektywa. Zupełnie odwrotna od typowego szablonu „kobieta jako dodatek do mężczyzny”. To dodatkowo ciekawa perspektywa jak na kraj, w którym mężczyzna ma dużo silniejszą pozycję od kobiety pod wieloma względami. Tu zaś mężczyzna poszukuje

Autorka nie czuje potrzeby opisywania mężczyzn w taki sam sposób, jak kobiety – wielowymiarowo, z wielu punktów widzenia. Nie widzi konieczności dokładnego poznawania ich myśli. Ale za to daje im własny głos – pozwala się wypowiadać pierwszoosobowo – w listach miłosnych, w monologach na temat kobiet. Pozwala im wyznawać miłość – i w dużej mierze uczucie do bohaterek (pozytywne lub negatywne, bo i takie się zdarza, na przykład w przypadku ojca Tiao) definiuje ich charaktery.

Wiesz o czym jeszcze myślę? Nie mogę się doczekać, kiedy i ty się zestarzejesz. Dopiero gdy się zestarzejesz tak, że nie będziesz mogła się zestarzeć bardziej, i kiedy ja się zestarzeję tak, że nie będę mógł się zestarzeć bardziej, będziemy mogli być razem. wtedy będziemy już tacy starzy, że nikt nie zdoła poznać, jakiej jesteśmy płci: ty będziesz mogła być staruszkiem, a ja staruszką.

Ale i nawet gdy zdajemy sobie sprawę, że dużo mniejszą wagę przywiązano do opisu bohaterów, w powieści wciąż znajdujemy kilku bohaterów z interesującą historią. Więc nawet „mniej potrzebnych” bohaterów autorka opisuje ciekawie. Mnie bardzo ciekawy aktor Fang Jing, który utożsamia życie klas wyższych oraz doktor Tang, którego też pokrzywdziła Rewolucja.

Meandry chińskiego

Moja recenzja jest bardzo entuzjastyczna, bo naprawdę spodobała mi się ta historia i jestem pod wrażeniem, że mimo że tak bardzo do mnie nie pasuje, przypadła mi do gustu. Czy jednak coś co mogłoby mi ją zakłócić? Być może jest jeden mały niuansik – tłumaczenie.

I żeby była jasność, książka jest przetłumaczona bardzo ładnym językiem. Tłumaczka świetnie operuje słowem i w książkę można zanurzyć się jak w ciepłą kąpiel. Co jednak wciąż mi przeszkadza, to fakt, że tłumaczenia dokonano z języka angielskiego a nie chińskiego. To sprawia, że parę rzeczy po prostu ginie między jednym tłumaczeniem, a drugim. Polska tłumaczka zwyczajnie nie poradziła sobie z niektórymi fragmentami wynikającymi wybitnie z charakteru języka chińskiego, którego nie dało się wyczuć w języku angielskim, bo na przykład opierały się na żarcie językowym wynikającym z charakteru chińskiego pisma. Czasem też tłumaczka gubi kontekst kulturowy, i Niebiosa zmieniają się w Boga, o którego nieco trudniej w Chinach. Gdy mowa zaś o piśmie, raz są wspomniane znaki, ale innym razem litery, co jednak nie jest tym samym.

Listy, które do niej pisał, zazwyczaj były bardzo długie, a jego pismo bardzo drobne. Używał specjalnego pióra Parker, które stawiało nadzwyczaj cienkie kreski. „Cienkie jak włos”, jak to mówią. Dzięki takiemu pióru mógł pisać mniejsze i gęściej upakowane litery, przypominające armię mrówek rozłażącą się po kartce.

To jednak jest do wybaczenia, bo przypadków językowych wpadek jest bardzo mało i jednak trzeba się tym interesować, by wyczuć, gdzie spod warstw tłumaczenia przebija oryginalny chiński tekst. Bardzo ładny język tłumaczki rekompensuje te krótkie momenty, które zgrzytają w zębach niczym piasek. I jeśli specjalnie się na nie nie zwraca uwagi, nie powinny się rzucić w oczy.

Książka do kąpieli

Nie pozostaje mi nic innego, jak polecić Wam tą książkę. Nie bójcie się, fakt że przysłało mi ją Wydawnictwo, nie wpływa na moją opinię i po prostu jest to dobra powieść. Dla każdego, kto lubi złożone charaktery, interesujące realia, dobry język i wielowątkową fabułę. Dlatego napełnijcie sobie wanny ciepłą wodą, weźcie ze sobą Kobiety w kąpieli i zrelaksujcie się razem.

A przy okazji trzymajmy kciuki, żeby Wydawnictwu udało się następne powieści autorki tłumaczyć z języka chińskiego.

Czytaj dalej

Kobiety w kąpieli i konkursie

Moi drodzy,

poprzednia współpraca z Wydawnictwem Znak Literanova poszła bardzo dobrze, dlatego postanowiłam zaprezentować Wam jeszcze jeden tytuł. Bardzo mnie cieszy, że Wydawnictwo daje szansę książkom z Azji i o Azji. I że dostarcza nam dobrych tytułów.

Zacznijmy od tego, jaka to książka. Kobiety w kąpieli chińskiej autorki Tie Ning, która była wielokrotnie nagradzana i doceniana w kraju i zagranicą. Okładkę wieńczy polecenie Kenzaburō Ōe, a ja temu panu wierzę, uwierzyłam więc w tą książkę.

Kobiety w kąpieli to powieść… o kobietach. Zaskakujące. O ich życiu, miłościach, problemach i tajemnicach. Też mało odkrywcze. Ale przewaga pojawia się w tym, jak opisano te kobiety oraz w jakich realiach je osadzono.

Życie nowoczesnych chińskich kobiet ukazane na tle przemian społecznopolitycznych w Chinach – współczesny, intrygujący, intymny portret kobiecości na Dalekim Wschodzie. Dorastanie czterech sióstr i przyjaciółek w cieniu Kulturalnej Rewolucji.

Tak. Chiny opisane w tej książce są ogromnym atutem. A bohaterowie występujący w niej, na tle przemian społecznych w kraju, wyróżniają się i fascynują. No ale o szczegółach przeczytacie w recenzji, która pojawi się na blogu już wkrótce.

kobiety_okładka

Na chwilę obecną daję znać, że książka miała dzisiaj – 6 lipca – swoją premierę. Z tej okazji mam dla Was konkurs! Czytajcie dalej.

Czytaj dalej

Andrzej Meller – Czołem, nie ma hien. Wietnam, jakiego nie znacie

W Polsce reportaże o Azji bywają bardzo tendencyjne. Wciąż pokutuje mówienie i pisanie o tym rejonie na zasadzie parady dziwności. I choć owszem – w obcych krajach zawsze nas bardziej interesuje to, co jest inne od naszej codzienności – to zwykle te „inności”pojawiają się w negatywnym kontekście i w prześmiewczym charakterze.

Nie tym razem, na szczęście, nie tym razem! Decydując się na przyjęcie do recenzji książki Czołem, nie ma hien. Wietnam, jakiego nie znacie, którą zaproponowało mi Wydawnictwo Znak Literanova, miałam tylko nadzieję, że ten reportaż będzie inny, że wypadnie lepiej, niż tendencyjne materiały na Dzień Dobry TVN, które go promowały.

Miło mi donieść, że udało mu się.

W głąb Wietnamu

Sprawdzałam podczas konkursu, z czym kojarzy się Wietnam. Obraz, który wyłaniał się z Waszych odpowiedzi, to głównie wojna oraz mniejszość wietnamska rozproszona po świecie. W książce znajdujemy jednak dużo szerszy obraz, autor dużo głębiej wnika w ten kraj.

Pan Andrzej Meller w swojej książce ukazał Wietnam, jakiego co prawda MY nie znamy, ale jaki on poznał dokładnie w ciągu trzech lat, które w nim spędził. To Wietnam, który nie jest przejaskrawiony, nie jest opisany ani za ładnie, jak to bywa w przewodnikach, ani za brzydko, w czym lubują się szukający sensacji reportażyści. To Wietnam wyważony, w który jestem w stanie uwierzyć. Potrafię zaufać autorowi, że tak właśnie tam jest. I to chyba stanowi największą siłę tej książki.

Podążamy śladami pana Mellera i jego żony z jednej miejscowości do drugiej, osiadamy w kolejnych tanich pokojach hotelowych i zwiedzamy atrakcje turystyczne. Chodzimy po sajgońskich uliczkach, mokniemy w monsunowym deszczu w Hanoi i jemy najlepsze wietnamskie jedzenie. Autor przybliża nam Wietnam taki, jak on poznał i to jest właśnie fajne.

Historie przetykane historią

Moja wiedza o Wietnamie na pewno jest mniejsza niż o Japonii czy Korei. Mam ogólne pojęcie o historii i kulturze, książka jednak dostarczyła mi dodatkowych wiadomości. Subiektywy opis podróży autora po Wietnamie przetykany jest przyjemnie obiektywnymi (a raczej semi-obiektywnymi) fragmentami. Autor wykonał całkiem dobry research, jak na reportera przystało znalazł swoich informatorów, którzy opowiadali o tematach im bliskich, podaje statystyki i powołuje się na inne dzieła. To dodaje przyjemnego balansu książce.

Pan Meller pisze a to o wycinkach z historii Wietnamu, jak na przykład walkach pod Dien Bien Phu pod wodzą „Napoleona Wschodu”, legendarnego generała Vo Nguyena Giapa, a to o biografiach znanych osób, jak samego Ho Chi Minha.

Moją ulubioną historią jest ta o dwóch Polakach nazwiskiem Kubiak (nie wiadomo, czy byli spokrewnieni), którzy walczyli po przeciwnych stronach w bitwie pod Dien Bien Phu. Jeden był komunistą i za swoje zasługi został „adoptowany” przez samego Ho Chi Minha, drugi walczył po stronie francuskiej. Żałuję natomiast, że nie ma więcej opowieści o młodszym pokoleniu, takich jak historia młodego rapera Naha, który odważnie promuje w internecie swój przebój Fuck Communism.

[…] w jego wypowiedziach często przewija się słowo „zombie” w odniesieniu do wietnamskiej młodzieży, która według rapera ma „wyprane mózgi” i zajmuje się jedynie „piciem latte i plotkowaniem”.

Ponad to autor przytacza opisy świąt, obyczajów znanych miejsc i legend z nimi związanych, a nawet przybliża proces produkowania sosu rybnego – jednego z najpopularniejszych wietnamskich produktów, który dodaje się niemal do każdej potrawy (podobnie jak glutaminian sodu).

 

Mellerowy Wietnam

Najważniejszą częścią są jednak nie są te „obiektywne” dodatki, a całkowicie subiektywna przygoda Pana Mellera w Wietnamie. Jego podróże zdezelowanym motorem, który jest niezbędny w Wietnamie, dni spędzone pod klimatyzacją w hotelowych pokojach, wspaniałe posiłki, o których wystarczy przeczytać, by samemu zrobić się głodnym, a także ludzie, których napotykał na swojej drodze. Autor poszukiwał interesujących miejsc, które urozmaiciłyby narrację. Odwiedzał znane i mniej znane miejscowości, zwiedzał atrakcje turystyczne, by samemu wyrobić sobie o nich opinię. Zapisał się nawet na dziesięciodniowe medytacje w klasztorze oraz wybrał do wróżki.

W książce można znaleźć opisy  zatłoczonych, chaotycznych ulic Sajgonu, klimatycznych małych mieścin, wiosek ulokowanych w delcie Mekongu czy pięknego ale „komunistycznego” Hanoi. Mnie najbardziej podoba się świątynia Kaodaistów, ale  chyba dlatego, że mam słabość do tej religii.

W głowie kotłuje się myśl, że Hanoi to prawdziwy Wietnam, jego serce i dusza od tysiąca lat, a Sajgon na khmerskich ziemiach założono stosunkowo niedawno. A może to jest tak, że komuniści celowo zaniedbali miasto, zniszczyli klimat „Paryża Orientu” za karę, w ramach zemsty?

White in Vietnam

Większość czasu autor spędzał w miejscowości Mui Ne, która stała się jego bazą wypadową, wiele historii pochodzi właśnie stamtąd. I co ciekawe, w dużej mierze nie są to historie dotyczące Wietnamczyków. Mui Ne, jako mekka osób uprawiających kitesurfing, jest pełne obcokrajowców.

Dziś dziewięćdziesiąt procent turystów i zagranicznych mieszkańców Mui Ne to ludzie urodzeni w byłych Sowietach. W większości Rosjanie, głównie z Moskwy i Petersburga, najbogatszych rosyjskich metropolii. Ale można spotkać też Ukraińców, Uzbeków, Kazachów, Buriatów. Jest tu nawet jeden Jakut o imieniu Romka, a nawet Abchaz Irakli.

Pan Meller opowiada kolejne historie napotkanych osób. Każdego przygnało do Wietnamu co innego. Czasem rzeczywiście była to wojna, która doprowadziła do pierwszego zetknięcia się z tym krajem, a potem popchnęła do powrotu. Dużo częściej jednak było to poszukiwanie własnego miejsca, w którym można żyć z dala od trosk. Nawet autorem powodowały podobne pobudki – szukał dogodnego miejsca, spokojnego, taniego i ciepłego, w którym mógłby osiąść na jakiś czas po licznych podróżach. Wietnam, który wyłania się z książki, zdaje się być ostoją dla ludzi pogubionych w życiu.

Osoby, które opisał Pan Meller, mają intrygujące życiorysy i nie dziwi fakt, że dostali trochę miejsca w Czołem, nie ma hien. Choć z początku ma się wrażenie, że może trochę za dużo tych „białych ludzi” w książce o Wietnamie, ale z drugiej strony można poczuć, że również i ci ludzie tworzą krajobraz Wietnamu.

Dziewuchy i alkoholicy

Wietnamczyków opisanych w książce jest niewielu. Najwięcej „czasu antenowego” dostaje Mistrz Le. Wietnamczyk ten zostaje przyjacielem i mentorem Pana Mellera, uczy go wietnamskiego, jest jego tłumaczem i doradcą, a jednocześnie aktywnym działaczem przeciw komunizmowi. Bardzo przyjemnie poznaje się jego historię i można go polubić.

Mistrz Le okaże się dla mnie kluczową postacią w Wietnamie. Będę mógł do niego zadzwonić o każdej porze dnia i nocy i poprosić o opinię, sugestię lub poradę. Czasami będę dzwonił z drugiego końca Wietnamu i wręczał słuchawkę miejscowemu imbecylowi, by mistrz mu wytłumaczył, że „natychmiast muszę wypożyczyć motor z normalną skrzynią biegów, żeby dojechać do Lao Cai na chińskiej granicy” czy coś w tym stylu.

Inni Wietnamczycy są raczej bohaterem  zbiorowym. Zasiedlają miasta, wioski i tamują ruch na drogach. Pojawiają się na drodze bohatera, pomagając, a czasem przeszkadzając. Często ma się jednak wrażenie, że autor nie ma zbyt dobrego mniemania o napotkanych Wietnamczykach, jak w powyższym cytacie, gdzie korzysta z określenia „miejscowym imbecylem”. Większość z nich opisywanych jest jako alkoholicy nieustannie zdradzający swoje żony. Co prawda wygląda na to, że rzeczywiście jest to pewna norma w tym kraju – przecież wiele obcokrajowców przyjeżdża o Wietnamu na „bum bum” – to jednak trochę męczy ciągłe czytanie o kolejnych Wietnamczykach idących na „masaż”. O Wietnamkach autor nieustannie pisze „dziewuchy”, co również jest nieco nieprzyjemne i deprecjonujące wobec tych kobiet.

„No, tych samurajów to chyba już zupełnie pogięło” – pomyślałem, nie zdając sobie zupełnie sprawy, że ten „kij narciarski”to tak zwany selfie stick, czy po polsku „samojebka”, że to szaleństwo ogarnia cały glob i że po powrocie do Mui Ne sam z nieprzymuszonej woli kupię za cztery dolary magiczny pałąk, którym będę sobie cykał samojebki, mknąc poautostradzie na mojej hondzie dream…

Autor w ogóle nie obawia się wyrażać swoich opinii i nie boi się pisać wprost, nawet za pomocą wulgaryzmów. Można powiedzieć, że wychodzi z Pana Mellera Polak.

Książka pisana językami

Wulgaryzmy, nie bardzo częste aczkolwiek wyraźnie obecne, to nie jedyny wyróżnik języka Pana Mellera. Jego sposób pisania jest bardzo naturalny i luźny. Nie stara się specjalnie upiększać, czy zmieniać swojego sposobu wypowiadania się (choć widać niewielką zmianę w języku między opisem, który nazywam „obiektywnym” a „subiektywnym”). Używa też zgrubień, wprowadza swoje powiedzonka czy regionalizmy. Dzięki temu wszystkiemu język w książce jest żywy co ułatwia czytanie.

Jeśli mowa o języku, w Czołem, nie ma hien pojawiają się wtrącenia po angielsku, wietnamsku, rosyjsku – zdecydowanie lepiej zromanizowane niż zdanie w tytule :). Dodają one fajnego klimatu, a jednocześnie zadbano, żeby każde wtrącenie w innym języku było odpowiednio przetłumaczone, więc niemówiący po wietnamsku, angielsku czy rosyjsku czytelnik nie będzie się czuł zagubiony. Doceniam także to, że wszystkie wtrącenia w innych językach są konsekwentnie zapisane kursywą. Gorzej, gdy autor próbuje oddać sposób mówienia Wietnamczyków poprzez stylizowanie go na swoiste „seplenienie”, bo czasem trudno odcyfrować te wypowiedzi.

Anh Phong, ale są chmury. Ja nie widzę żadnego zachodu słońca – stwierdzam zgodnie z prawdą.
Anh Ańdźiej, to niewaźne, my doklęcić ziachód – tłumaczy reżyser – po plostu ty udawać ziamyślony i gapić się na cistelny z lopa w polcie.

Historia jest nielinearna, ale skakanie w czasie i przeplatanie narracji opisami z historii Wietnamu, nadaje książce charakteru opowieści, której się słucha przy piwie i ani człowiek się nie obejrzy, a robi się późna noc. Czasem niestety pojawia się „narrator jasnowidzący”, czyli swoiste uprzedzanie faktów z wykorzystaniem czasu przyszłego, czego osobiście nie lubię. Te nagłe zmiany czasu są odrobinę irytujące, ale nie zniechęcają do lektury.

Urodził się w Warszawie w 1960 roku. Od małego żegluje, bierze udział w regatach, pływa z Warszawy na Mazury. Przez lata w jego życiu główną rolę będzie odgrywać morze. W 1978 roku zdaje do Szkoły Morskiej w Gdyni, specjalizacja: nawigacja.

Bez względu na wszystko, książkę czyta się bardzo dobrze, a sposób pisania autora pasuje do opisywanej historii i nadaje jej charakteru, nawet jeśli niektóre wybory są trochę nietrafione.

Opowieść snuta przy piwie i sajgonkach

Czołem, nie ma hien. Wietnam, jakiego nie znacie, to książka, która mnie zaskoczyła. I to bardo pozytywnie. Rzeczywiście można się dużo dowiedzieć o Wietnamie a autor wydaje się wiarygodną osobą, by o niej opowiadać. Nie stara się wymądrzać, opisuje z dużą szczerością (czasem może za dużą) to, jaki z jego perspektywy jest Wietnam. Pan Meller znajduje balans między swoimi przeżyciami, a dodatkową wiedzą „zewnętrzną”, którą urozmaica swoją historię.

Na koniec dodam, że książka jest bardzo ładnie wydana, okładka ma prześliczne kolory a wykorzystany papier jest przyjemny w dotyku. Plus dołączona jest mapka z opisanymi miejscami, które są wspomniane w książce. Super wydanie, naprawdę mnie to zaskoczyło.

Wietnam w tej książce jest tak samo piękny jak i brzydki, jest intrygujący ale też trochę odpychający. Na pewno jest fascynujący. Na mnie zadziałało. Przeczytałam i pomyślałam, że chcę tam się wybrać. Więc i Wam polecam. Niekoniecznie od razu podróż – ale na pewno lekturę.

Czytaj dalej